Belgijskie puzzle

with Brak komentarzy
Belgia nazywana bywa „największym paradoksem współczesnej Europy”, „sztucznym tworem wciśniętym pomiędzy Holandię, Niemcy i Francję”. Z jednej strony z Brukselą, jako unijną stolicą, jest symbolem europejskiej integracji, z drugiej zaś jawi się jako kraj niezintegrowany, pełen paradoksów, sprzeczności i wewnętrznych konfliktów.

O braku porozumienia i sympatii pomiędzy Flamandami i Walonami wiadomo od dawna. Obecnie w Belgii trwa kampania wyborcza i jak zawsze w takich momentach odżywają spory na linii Flamandowie – Walonowie.

Kilka słów tytułem wstępu

Belgia składa się z trzech regionów: niderlandzkojęzycznej Flandrii, francuskojęzycznej Walonii oraz teoretycznie dwujęzycznego regionu Brukseli, w większości zamieszkałego przez frankofobów. Na niewielkim obszarze wschodniej Belgii mieszka też ludność posługująca się językiem niemieckim.

Granice okręgów wyborczych pokrywają się z granicą językową, wytyczoną w 1963 roku. Zasadą jest, że Walonowie głosują w wyborach na swoje listy, zaś Flamandowie na swoje.

Ale istnieje jeszcze twór zwany BHV – okręg wyborczy obejmujący obie strefy językowe, na który składa się 19 gmin regionu brukselskiego, a także 35 gmin wokół dwóch flamandzkich miast Hal i Vilvorde. I to od nazw tych trzech miejscowości wzięła się nazwa BHV. W wyborach Walonowie, mieszkający w tych flamandzkich gminach, mogą głosować na frankofońskie listy z Brukseli, zaś Flamandowie mieszkający w stolicy – na flamandzkich kandydatów z Hal i Vilvorde. Jednym słowem jeden wielki bałagan. Flamandowie od lat walczą o podział okręgu zgodnie z zasadą, że mieszkańcy Flandrii, nawet jeśli są frankofonami, powinni głosować na listy flamandzkie. Frankofoni jednak uważają, że mieszkanie na przedmieściach stolicy, położonych na terytorium Flandrii, nie powinno pozbawiać ich praw wyborczych.

Władza ustawodawcza w Belgii należy do dwuizbowego parlamentu federalnego, w którego skład wchodzi Izba Deputowanych (150 członków) i Senat (71 członków), wybieranych w głosowaniu powszechnym. Król pełni rolę raczej symboliczną, sprowadzającą się głównie do spraw ceremonialnych. Monarcha powołuje i odwołuje rząd federalny, który musi składać się z takiej samej liczby ministrów francusko- i niderlandzkojęzycznych, a popierać musi go nie tylko większość ogólnej liczby deputowanych, ale także większość w łonie każdej grupy językowej.

Belgia ma cztery rządy: federalny (ogólnopaństwowy), flamandzki (regionalny), waloński (regionalny) i rząd miasta stołecznego Brukseli. Każdy z rządów regionalnych, jak i ten w Brukseli, ma własne organy władzy ustawodawczej i szerokie uprawnienia w zakresie władzy wykonawczej.

Flamandzko-walońskie niesnaski

Belgia przed 1830 rokiem nigdy nie istniała jako jednolite państwo. W publikacji „Flamandowie i Walonowie – dwa narody w jednym państwie: polityczne i kulturowe dylematy Belgów”, autorstwa Rafała Klepki możemy przeczytać: „współcześnie wielu historyków dowodzi, że to oni, nie chcąc pozbawiać Belgów dawnych dziejów i ich ciągłości, wybrali rozmaite fragmenty przeszłości różnych regionów i sfabrykowali historię tego państwa, która w rzeczywistości jest niezwykle krótka”.

W czasach panowania na tych terenach Franków północ Belgii zasiedlała ludność pochodzenia germańskiego, południe – romańskiego. I to wtedy zaistniał podział, który trwa do dziś.

W średniowieczu Flandria wzbogaciła się na handlu i stała się regionem bogatym. Walonom wiodło się nieciekawie. W późniejszym okresie w Walonii rozwinął się przemysł węglowy i stalowy, a Flandria zubożała. W roku 1815 Flandria i Walonia wspólnie z Holandią stworzyły Królestwo Niderlandów. Piętnaście lat później oba regiony odłączyły się od Niderlandów i tak powstała Belgia.

Nowe państwo uchwaliło nową konstytucję, według której jedynym oficjalnym językiem w Belgii został język francuski. Ten zapis spowodował trwającą dziesiątki lat dyskryminację języka flamandzkiego (belgijska odmiana języka niderlandzkiego). Francuski stał się językiem urzędowym, po francusku mówiła burżuazja i arystokracja, utożsamiano go z katolicyzmem. Posługiwali się nim mieszkańcy Walonii, ale też wpływowe grupy francuskojęzyczne z Flandrii, głównie z Antwerpii, Gent oraz Brukseli.

Ludność flamandzka z rolniczej północy pozostała przy języku niderlandzkim, francuski był dla nich niedostępny. Pomijanie i ignorowanie przez władze i arystokrację języka, którym posługiwała się duża część ludności kraju, doprowadziła do niechęci i otwartej wrogości Flamandów do języka francuskiego, która trwa do dziś.

W roku 1848 narodził się ruch flamandzki, dzięki któremu pod koniec XIX wieku parlament uchwalił serię ustaw uznających dwujęzyczność w Belgii. Władze zezwoliły na używanie języka niderlandzkiego w szkolnictwie i administracji. Ale belgijski kodeks cywilny został przetłumaczony na niderlandzki dopiero w 1961 roku.

Po II wojnie światowej konflikty pomiędzy Flamandami a Walonami zaczęły zataczać nowe kręgi. Chodziło przede wszystkim o rozliczenia z kolaboracją. Te sprawy prowadziły instytucje zdominowane przez Walonów, które wskazywały, że wśród Flamandów było niemal dwukrotnie więcej osób winnych i skazanych. Każda z tych grup etnicznych miała też odmienne stanowisko w sprawie powrotu na tron króla Leopolda III.

Narastały różnice ekonomiczne. Walonię dotknął kryzys gospodarczy, natomiast Flandria – niegdyś rolnicza kraina – zaczęła coraz bardziej wykorzystywać dostęp do morza i mnożyła zyski osiągane na przemyśle ciężkim i usługach.

Walonowie zaczynali stopniowo zdawać sobie sprawę z tego, że sytuacja się zmieniła. Za sprawą upowszechnienia się prawa wyborczego liczebniejsi Flamandowie mieli coraz większy wpływ na decyzje polityczne, co z kolei oznaczało, że mogą dyktować biedniejszej Walonii swoje warunki.

Południe doświadczyło klęski masowego bezrobocia, a północ rozwijała się w szalonym tempie. Walońskie miasteczka czasy świetności miały już za sobą, podczas gdy flamandzkie miejscowości szybko się rozwijały. Flamandów było coraz więcej, Walonów coraz mniej.

Konfliktów ciąg dalszy

Walończycy, w obawie o interesy swojego regionu i dominację Flandrii, zaczęli się domagać odrębności gospodarczej. Ale przegapili odpowiedni moment. W 1962 roku wyznaczono linię nazywaną „podziałem językowym”, która przecięła kraj na pół z zachodu na wschód.

W 1980 roku, w odpowiedzi na rosnącą niechęć pomiędzy dwoma regionami, dokonano zmian w konstytucji, czyniąc z Belgii państwo federalne z trzema oddzielnymi wspólnotami językowymi: flamandzką, walońską i niemiecką. Od tamtej pory wszystkie trzy regiony mają szeroką autonomię w zakresie władzy ustawodawczej i wykonawczej. Każdy z nich ma także swój parlament, flagę i hymn. Jednocześnie Belgia podzielona została na trzy regiony ekonomiczne: północ, południe i Brukselę, która oficjalnie jest miastem dwujęzycznym, chociaż jej mieszkańcy to w 80 procentach osoby mówiące po francusku.

Obecnie Walonia jest znacznie biedniejsza i dlatego Flandria wspiera ją finansowo, transferując co roku miliony euro, czemu Flamandowie są przeciwni. Uważają, że nie ma sensu pomagać tym, którzy marnotrawią środki finansowe i nie rozwijają się gospodarczo.

A co z Brukselą?

Chociaż region stołeczny znajduje się we flamandzkiej Brabancji (ku rozpaczy Walonów), to prawie 80 procent jej mieszkańców mówi po francusku (ku rozpaczy Flamandów). A Flamandowie z łezką w oku wspominają czasy, kiedy stolica zamieszkana była w większości przez ludność flamandzkojęzyczną.

Historycznie Bruksela leży na terenach Flandrii, co pozwala tamtejszym nacjonalistom wysuwać żądania włączenia jej w granice niepodległej Flandrii oczywiście po ewentualnym rozpadzie Belgii.

W Brukseli słychać głosy, że w razie ewentualnego oddzielenia się Flandrii od Walonii lepiej dla wszystkich (a zwłaszcza dla mieszkańców stolicy) byłoby znaleźć się na terenie prężnie rozwijającej się i bogatej północy.

Kuriozalne przepisy federalne

Federalizacja kraju nadała wszystkim trzem regionom kraju szeroką autonomię. Szybko pojawiły się przepisy prawne z tej autonomii wypływające, niektóre naprawdę kuriozalne. Na przykład rada jednej z gmin leżących w okolicy Brukseli ustaliła, że nabywcami ziemi na tym terenie mogą być tylko osoby mówiące po niderlandzku lub chcące się tego języka nauczyć.

Również w niektórych miejscowościach położonych w okolicy Brukseli mieszkania socjalne są przyznawane tylko osobom mówiącym po niderlandzku. Na plac zabaw nie mają wstępu dzieci mówiące po francusku. Pewna kobieta zmarła gdyż osoba wzywająca pogotowie nie potrafiła wystarczająco dobrze porozumieć się po niderlandzku, a operator pogotowia nie znał francuskiego.

Co dalej?

Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku. Panuje tak zwane równouprawnienie językowe: telewizja publiczna nadaje programy po flamandzku, francusku i niemiecku.

Belgia funkcjonuje jako jedno państwo, ale podziały pozostały. Statystyki mówią same za siebie. Liczba małżeństw zawieranych pomiędzy osobami z tych dwóch regionów wynosi zaledwie 1% co oznacza, że Flamandowie wolą zawierać związki małżeńskie z cudzoziemcami niż z Walonami.

Ani Flamandowie, ani Walonowie nie określają siebie jako Belgów. Unikają terminu „naród”. Identyfikują się z Belgią tylko w dwóch przypadkach: pierwszy to sport, drugi – wszystkie sprawy dotyczące stosunków zewnętrznych. Z pewnością mieszkańcy Flandrii czują się bardziej związani z Holandią, zaś Walonii z Francją. Flamandowie są bardziej stanowczy w swoich żądaniach językowej i kulturalnej odrębności, co Walonowie odbierają jako dążenie do dominacji północnej części kraju.

Podziały między ludnością flamandzką a francuskojęzyczną ciągle mają miejsce i wpływają na wiele aspektów życia społecznego i zawodowego. Dynamicznie rozwijająca się bogata Flandria nie ma zamiaru utrzymywać „nierobów” z Walonii. W szkołach, partiach politycznych, literaturze czy sztuce nadal widoczny jest podział według języka.

Na razie konflikt trwa i ma się dobrze. Flamandowie i Walonowie czują się pokrzywdzeni. Raz jedni, raz drudzy.

Anna Janicka

Facebook