Ewa Chodakowska specjalnie dla naszych czytelników!

with Brak komentarzy
Ta znana w Polsce i poza Polską OSOBA to nie tylko Fitness Expert – TRENERKA, która ćwiczy przed kamerami i fajnie wygląda. Ewa Chodakowska to MARKA, JAKOŚĆ i… socjologiczne zjawisko, psychologiczny model sukcesu, a także kobieta podziwiana przez miliony KOBIET W POLSCE I ZA GRANICĄ.

Kiedy dowiedziałyśmy się, że przyjeżdża do Belgii, zapytałyśmy ją, czy w swoim mocno napiętym grafiku nie znalazłaby trochę czasu, aby udzielić wywiadu naszej gazecie. Udało się!

Nasze ciało to bardzo skomplikowana maszyna z wieloma podzespołami. Twoje ciało dla wielu pań na pewno jest wzorem i ideałem, do którego dążą.

Musimy przede wszystkim porzucić jakąkolwiek presję, która nakazuje nam być idealnym. Ideał nie istnieje, albo inaczej – każdy z nas jest idealny. Niemniej jednak praca nad sobą każdego dnia, udoskonalanie tego, co mamy, tego naszego wyjątkowego materiału, który posiadamy – jest czymś niezbędnym. I musimy się kierować tym, żeby bez cienia presji po prostu o siebie dbać. Musimy zapomnieć o tym, żeby dążyć do jakiejś formy, do jakiejś sylwetki. To jest nieistotne. Nie chcemy, żeby „idealna” sylwetka była naszym celem. Dążymy do tego, aby naszym celem był zdrowy styl życia. I dopiero wtedy tak naprawdę zdamy sobie sprawę, że jest to przygoda na całe życie a nie „do sylwetki”, nie tylko i wyłącznie do pierwszych efektów. Nie do lata, tylko na lata.

Początek musi być bardzo świadomy – nie ciało, a zdrowy styl życia. Bo ciało za tym podąży. Ja zawsze mówię, że ciało to jest taki skutek uboczny. I ktoś patrząc na mnie może pomyśleć sobie – o, też bym tak chciała. Zapomnijmy o tym, że jesteśmy różni od siebie, to jest normalne, jesteśmy indywidualnościami. Każdy z nas jest inny i każdy z nas powinien tę swoją odmienność szanować i codziennie krok po kroku troszeczkę udoskonalać.

Czyli te wyzwania jak np. bikini, do lata, czy wcześniej Sylwester, to takie motory, żeby po prostu zapoczątkować i otworzyć umysł?

Zauważ, że to jest fajny bodziec do tego, żeby ruszyć z miejsca. Bardzo trudno jest mi zmotywować osoby mówiąc tylko „zadbaj o siebie: będziesz zdrowa, będziesz lepiej spać, będziesz miała lepszy nastrój” – to wciąż trochę za mało, żeby ruszyć z miejsca. Natomiast te osoby, które słyszą: „Aaaa! Lato! Muszę się za siebie wziąć! Wielkie odliczanie!”, mają lepszą motywację do działania. Ja faktycznie kieruję się motorem napędowym „zrób coś, bo za chwilę będziemy się wszyscy rozbierać i fikać na plaży” – i wtedy podejmujemy taką decyzję, że w bardzo krótkim czasie ruszamy z miejsca. I bardzo duża część „przestawia głowę” i myśli sobie „ok, lato przyszło, lato już jest, ja czuję się świetnie i nie chcę tego zaprzepaścić”. I tak się właśnie dzieje – mam na to mnóstwo dowodów (śmiech).

Jest taki stereotyp trenera fitness, że jest to ktoś, kto macha ciężarkami, aby nabić sobie masę mięśni. U ciebie to zupełnie inaczej wygląda – to jest na o wiele większą skalę i do tego wszystkiego potrzebna jest wiedza.
Skąd ta wiedza i jakie były początki?

Musimy pamiętać, że każdy trener fitness, jeżeli chce coś więcej osiągnąć na polu fitness, jeżeli chce być osobą, która motywuje i wspiera – musi przede wszystkim wyjść do ludzi. Wiedza, oczywiście, to jest podstawa i absolutnie nie będę tego kwestionować. Moim początkiem była decyzja o powrocie do kraju (mieszkałam wcześniej w Atenach). Wszystkie szkoły sportowe, które „przerobiłam” w ciągu 7 lat, były po to, żeby dowiedzieć się czegoś na temat mojego ciała. Zawsze byłam przekonana, że trening jest niezbędny, że trening to takie codzienne „mycie zębów”, higiena ciała i umysłu. Szkoliłam się po to, żeby wiedzieć, jak mogę z ciałem pracować, ale nigdy nie myślałam o tym, żeby być trenerem fitness. Wydawało mi się to może nie do końca wystarczającym i ambitnym pomysłem na siebie.

I dopiero wtedy, kiedy poznałam mojego męża i spojrzałam na osobę, która jest tak bardzo kompletna, ma na siebie pomysł, spełniającą pracę, wspaniałe podejście do drugiego człowieka, matematyczny ścisły umysł, zmieniłam myślenie o tym zawodzie.

On pokazał mi, że facet, który jest trenerem, jest też człowiekiem z bardzo szerokim wachlarzem różnych zainteresowań i pasji. Dużo większych niż tylko dieta i trening. I było w tym też bardzo dużo serca i fajnego podejścia do drugiego człowieka, wspaniałej relacji z drugim człowiekiem, dużo szacunku, wzajemnego wsparcia, wpływu jednej osoby na poprawę jakości drugiej. I ja się w tym zakochałam. Spojrzałam na mojego męża i pomyślałam sobie „kurczę, przecież to jestem cała ja. Walczę o tych ludzi na każdym kroku”. Zawsze miałam wokół siebie dużo ludzi – przychodzili i mówili: „słuchaj, muszę się wygadać, muszę coś zrobić, nie wiem, co zrobić z moim życiem”. Tak gadałam, gadałam, każdy jeden kierunek, każde jedne studia po drodze, to byłam ćwicząca ja, w klęku podpartym, w toalecie, z moimi koleżankami… to było zawsze. Więc połączyłam wszystko, co nosiłam w sobie i wyszłam do ludzi.

Trener jest osobą, która robi coś dla inncyh. Jest dla ludzi. To oni są moim celem, nie ja. To jest dla mnie szalenie ważne. Drugi człowiek jest dla mnie ważny. Nie ja. I co jest tutaj bardzo istotne – wiedza połączona z podejściem do drugiego człowieka. „Kocham cię, chcę dla ciebie jak najlepiej, korzystaj, bo jeżeli nie korzystasz, robisz tylko sobie na złość!” (Śmiech).

To był mój przekaz. Czyli nie „ciało, schudnij, zrób to”, że kilogramy itd.  Tylko generalnie świadomość siebie, drugi człowiek.

To był cały zamysł. Wróciłam do Polski, ruszyła machina, no i jestem dzisiaj tu z Wami.

Czy miłość do fitnessu przyszła razem z miłością życia?

Miłość do fitnessu była od zawsze, bo ja, już jako dzieciak, trenowałam lekkoatletykę, byłam sprinterką, jeździłam na olimpiady sportowe. Sport zawsze był mi bliski. Kiedy przyszedł moment wyboru kierunków studiów, patrzyłam na moich „kwadratowych” kolegów, którzy wybierali się na AWF – nie przekonywało mnie to do końca. I wtedy zdecydowałam, że sport będzie tylko pasją, a zająć się muszę na co dzień… czymś poważnym (gest cudzysłowu). Ale tak się nie stało i Bogu za to dzięki. Zawsze najważniejszy był sport. Jak mój mąż mnie poznał – ja już byłam po trzech szkołach sportowych – rozkładałam sobie ręczniczek na plaży, a on tam, gdzieś z daleka, mnie obserwował. Więc robiłam sobie te swoje kombinacje, swoje sekwencje, a jemu to imponowało, bo on był bardzo sportowy. Złapaliśmy się w tej wspólnej miłości i wymieniliśmy się pomysłami na życie.

Skąd inspiracja do kolejnych DVD: Czy w Twoim przypadku to „potrzeba była matką wynalazku”, czy własna inicjatywa? Mam na myśli tytuły i zawartość poszczególnych płyt, np.: Model Look, Turbo Wyzwanie pogromca tłuszczu, Slim fit, Kick Fit i inne. Są tak sugestywne, że od samego ich czytania wydaje się, że niepotrzebne gramy tłuszczu znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…

Nazwy sama wymyślam. Właściwie sama nie wiem, skąd przychodzą mi do głowy. To musi być coś, co chwyci, fajnie zabrzmi, musi być bardzo proste i coś obrazować. W momencie, kiedy myślicie „hot body”, to już wiecie, o co chodzi. Jak widzicie „bikini”, to też długo nie musicie myśleć. To są proste przekazy, które mają wizualizować sam trening, który zawiera dana płyta.

Kto jest twoim idolem?

Mój mąż (śmiech).

Jesteś idolem dla wielu, chociażby w stylu życia, a skąd ty czerpałaś wzorce?

Chciałabym, żeby każdy był idolem sam dla siebie. Muszę przyznać, że moimi idolami są ludzie, ta ogromna liczba osób, które ruszyły z miejsca. Te miliony Polek korzystających z mojej pracy. To są moje idolki.

Kobiety, które mają mnóstwo rzeczy na głowie, dom i czwórkę dzieci. Ostatnio towarzyszy mi Iwona, która była na okładce magazynu „Be Actieve”, która jest zaproszona na plan programu Fit50+. Iwonka właśnie przekroczyła 50-tkę, ma 8 dzieciaków i mówi „wiesz, ja nie mogę nie być zorganizowana, bo przecież te dzieci są wszędzie, więc ja muszę to jakoś ogarnąć! Zatem muszę znaleźć czas dla siebie, żeby mieć siłę”. To są dla mnie bohaterki, to są moje idolki.

Czy widzisz różnicę w eventach, treningach w Polsce a poza granicami Polski, z Polonią?

Nie, muszę przyznać, że bardzo podobnie reagujecie, jest tak samo wysoki entuzjazm, bardzo dobra energia, świetna atmosfera, dużo uśmiechu i życzliwości. Wiecie, na takie wydarzenia nie przychodzą osoby, które… kręcą nosem albo sceptycznie podchodzą do tego, co robię. Przychodzą naprawdę osoby zaangażowane, które doskonale wiedzą, że moja misja działa i bawią się tym, czerpią z tego garściami.

Co robisz, jak nie ćwiczysz?

Kiedyś, przez bardzo długi czas,wyrzucałam sobie każdy moment odpoczynku… to znaczy inaczej – miałam wyrzuty sumienia z powodu odpoczywania. Nie dawałam sobie przyzwolenia na to, że mogę usiąść i nic nie robić. Teraz nauczyłam się odpoczywać, i jeżeli nie ćwiczę, to faktycznie robię sobie dzień regeneracji. Robię sobie takie dni regularnie, co trzy dni – norma. Bez wyrzutów sumienia.

Co uważasz za swój największy sukces?

Nie wiem. Powiem szczerze, że chyba największy sukces jeszcze nie przyszedł (zwraca się do męża) – Kochanie, co jest naszym największym sukcesem? (Mąż) Że jesteśmy tutaj.

(Ewa) – mój mąż odpowie (śmiech).

(Mąż) – Że jesteśmy razem.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale mój mąż zawsze ma rację (ŚMIECH). Mam takiego specyficznego męża, który jest dużo mądrzejszy ode mnie i to jest fajne. Jest cudowny w tym, co robi i jak to robi, jak pielęgnuje nasz związek, naszą pracę. Jak fajnie potrafi mi wiele rzeczy wytłumaczyć w sytuacjach, kiedy mam ochotę po prostu dać wszystkim po głowie.

Myślę, że ogromnym sukcesem jest to, że przy naszej pracy i przy tej ciągłej pogoni, przy tylu projektach, wciąż jesteśmy szalenie kochającą się parą, która wspiera się każdego dnia, która potrafi spędzać ze sobą 24 godziny na dobę, wciąż się kochać i się sobą nie nudzić.

To jest nasz ogromny osobisty sukces, że pracujemy razem, jesteśmy razem, wciąż nie mamy siebie dość i wciąż nie mamy ochoty się pozabijać.

I na tym można budować dalszy sukces.

Tak, bo razem jesteśmy dużo silniejsi. Są rzeczy, których ja nie potrafię robić i robi to mój mąż. Są rzeczy, które tylko ja mogę robić i nikt inny, zatem fajnie, że mamy tego świadomość, swojej wzajemnej wyjątkowości na konkretnych płaszczyznach i robimy to z sercem.

Każdy z nas ma w życiu jakiś cel, każdy chce odnieść sukces. Co poradziłabyś tym, którzy chcą odnieść sukces w jakiejkolwiek dziedzinie?

Musimy przede wszystkim zadać sobie kluczowe pytanie – „kim jestem i czego chcę?”. Jeżeli wiemy, czego chcemy, to musimy przestać się bać. Po prostu. Musimy porzucić jakiekolwiek ryzyko. I mieć przekonanie, że wszelakiego rodzaju potknięcia, które będą nas po drodze spotykać – rozwalony nos, zakrwawione porozbijane kolana – to tylko i wyłącznie kolejny krok na drodze do osiągniecia celu, a nie porażka, nie przekreślenie tych wszystkich starań, które dotychczas zrobiliśmy.

Musimy słuchać swojej intuicji, otaczać się dobrymi ludźmi, szukać możliwości, rozwiązań, a nie budować na swojej drodze przeszkody. Jeżeli są przeszkody, to musimy znaleźć jakieś ich obejście lub je pokonać. Przede wszystkim trzeba uwierzyć w siebie, bo nikt tego za nas nie zrobi. Musimy się mocno pokochać, bo tego też nikt za nas nie zrobi. Dopóki my same nie mamy przekonania, że damy radę, to nikt inny w nas nie będzie wierzył. Każda z nas, i każdy z nas, dając przykład swoimi działaniami, staje się inspiracją. Im więcej ludzi inspirujemy, tym bardziej chce nam się chcieć.

Zatem miejmy świadomość swojej wyjątkowości. Sprawdźmy, jakie są nasze zainteresowania, te głęboko w sercu. Sprawdźmy, jakie są nasze talenty i w jaki sposób możemy je wykorzystać.

– W imieniu czytelników Antwerpii po polsku oraz własnym dziękujemy za ten zastrzyk energii i optymizmu, oraz za poświęcony czas.

Z Ewą Chodakowską rozmawiały
Agata Kocińska i Izabela Sośniak

Facebook