Emigracja w Belgii na wesoło 

Belg siedzi zawodowo 

Przez lata byłam przekonana, że belgijskim sportem narodowym jest piłka nożna i kolarstwo. Potem zamieszkałam w Belgii i odkryłam, że futbol i rower znajdują się gdzieś daleko za siedzeniem. Belgowie siedzą zawodowo.

Siedzą na tarasach, przed domami, przy kawie, przy piwie i przy frytkach. Potrafią przez godzinę patrzeć na ulicę i nie mieć z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Nie sprawdzają maili, nie planują remontu, nie zastanawiają się, czy właśnie nie marnują czasu. Po prostu siedzą.

Najbardziej fascynujące jest to, że Belg siedzi niezależnie od pogody. W Polsce taras oznacza słońce, minimum dwadzieścia pięć stopni i optymistyczną prognozę na najbliższe trzy dni. Belg potrzebuje jedynie krzesła. Deszcz pada? Siedzi pod parasolem. Wieje? Zakłada kurtkę. Jest dwanaście stopni? To przecież prawie lato. Człowiek odnosi wrażenie, że gdyby Morze Północne postanowiło wejść na ulicę, Belg po prostu przesunąłby krzesło o dwa metry dalej.

Polak reaguje na taki widok niepokojem. Bo Polak nie został wychowany do siedzenia. Został wychowany do działania. Jeśli siedzi dłużej niż dziesięć minut, włącza się instalacja samodekstruncji . Musi umyć okna, naprawić kran, zadzwonić do matki, poszukać lepszej pracy, zaplanować wakacje albo przynajmniej zacząć martwić się czymś na zapas.

Polak odpoczywa tak, jakby wykonywał obowiązek służbowy. Belg odpoczywa, bo ma na to ochotę.

Żeby była jasność,  Belgowie nie są leniwi. To jeden z największych mitów, jaki słyszę od rodaków. Belgowie pracują, prowadzą firmy, budują domy, płacą podatki i codziennie wstają do obowiązków tak samo jak wszyscy inni. Różnica polega na tym, że po pracy naprawdę kończą pracę. Nie noszą jej w głowie przez cały wieczór. Nie zamieniają każdego wolnego dnia w dodatkowy etat. Potrafią oddzielić obowiązki od życia. I właśnie ta umiejętność wydaje mi się ich największym talentem.

Im dłużej mieszkam w Belgii, tym bardziej podejrzewam, że właśnie tutaj znajduje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Belgowie nie dostają zawału przed pięćdziesiątką.

Belg nie żyje w stanie permanentnego alarmu. Przeciętny Polak funkcjonuje tak, jakby codziennie spodziewał się katastrofy. Jeśli wszystko jest dobrze, to znaczy, że jeszcze nie odkrył, co jest źle.

Belg ma inne podejście. Jeżeli nic się nie pali, wszystko jest w porządku. Jeżeli coś się pali, najpierw oceni sytuację, a dopiero potem zacznie biegać. Polak natomiast potrafi przeżyć cały pożar jeszcze przed śniadaniem, wyłącznie w swojej wyobraźni.

Najlepiej widać to w niedzielę. Belgijska niedziela jest dla Polaka dowodem na to, że niektóre narody żyją według zupełnie innych praw fizyki.

Polak wychowuje się w przekonaniu, że dzień wolny to doskonała okazja, żeby wykonać wszystkie prace, na które zabrakło czasu przez cały tydzień. Dlatego niedziela zaczyna się od ambitnego planu. Umyć samochód, przyciąć żywopłot, posprzątać garaż, naprawić półkę, zrobić zakupy, odwiedzić rodzinę, ugotować obiad na trzy dni i jeszcze znaleźć chwilę na odpoczynek. Wieczorem człowiek jest bardziej zmęczony niż w piątek po pracy.

Belg ma bardziej rewolucyjne podejście. Skoro jest wolne, to należy być wolnym. To wszystko. Bez strategii. Bez harmonogramu. Bez planu naprawy świata.

Belgijskie osiedla w niedzielę wyglądają tak, jakby ktoś nacisnął przycisk pauzy. Ludzie siedzą na tarasach, piją kawę, rozmawiają albo obserwują ulicę z zaangażowaniem godnym naukowców badających rzadki gatunek ptaka. Nikt nie wpada w panikę, że trawa nie została skoszona. Nikt nie reorganizuje garażu według standardów NATO. Nikt nie szoruje kostki brukowej szczoteczką do zębów. Świat funkcjonuje bez ciągłego nadzoru człowieka. Dla Polaka jest to koncepcja niemal mistyczna.

Polak lubi mieć dowód, że dzień nie został zmarnowany. Dlatego wieczorem musi móc wskazać konkretny rezultat. Umyte okna. Posprzątany garaż. Przycięty żywopłot. Belg potrafi spędzić pół dnia na rozmowie z sąsiadem i uznać to za dobrze wykorzystany czas. Polak po takiej samej rozmowie wraca do domu z poczuciem, że powinien jeszcze chociaż odkamienić czajnik.

Dla wielu rodaków pierwsze miesiące w Belgii przypominają obserwację nieznanego plemienia. Człowiek patrzy na sąsiada siedzącego trzecią godzinę przed domem i zastanawia się, kiedy wreszcie zacznie coś robić. Następnego dnia sąsiad siedzi znowu. Tydzień później również. Po miesiącu okazuje się jednak, że trawnik jest skoszony, rachunki zapłacone, dzieci wychowane, a dom jakoś się nie zawalił. Wtedy zaczyna kiełkować niepokojąca myśl, że być może nie wszystko wymaga natychmiastowej interwencji.

Belgowie mają również niezwykłą umiejętność

odpuszczania rzeczy, które dla Polaka stają się życiową misją. Polak kupuje dom i przez następne dwadzieścia lat coś w nim remontuje. Belg kupuje dom i w nim mieszka.

Polak zauważa pęknięcie na ścianie i rozpoczyna śledztwo na poziomie komisji sejmowej. Belg zauważa pęknięcie i dochodzi do wniosku, że ściana najwyraźniej też się starzeje. Koniec tematu.

Podobnie jest z codziennym pośpiechem. W Polsce człowiek często mierzy własną wartość poziomem zmęczenia. Im bardziej jest wykończony, tym większe ma poczucie, że dobrze wykorzystał dzień. Belg nie potrzebuje być bohaterem własnego dramatu. Nie opowiada z dumą, że od miesiąca śpi po cztery godziny. Nie traktuje wypalenia zawodowego jak odznaczenia państwowego. Nie bierze udziału w konkursie na najbardziej zmęczonego człowieka Europy.

Potrafi również przeżyć dzień bez poczucia winy. To umiejętność praktycznie nieznana w naszej części Europy. Polak budzi się rano i już czuje, że powinien coś zrobić. Jeżeli nic nie zrobił, ma wyrzuty sumienia. Jeżeli zrobił dużo, ma wyrzuty sumienia, że nie zrobił więcej. Jeżeli zrobił wszystko, zaczyna podejrzewać, że o czymś zapomniał.

Belg wypija drugą kawę i dochodzi do wniosku, że skoro świat nadal istnieje, to najwyraźniej sytuacja jest pod kontrolą.

I właśnie to najbardziej zaskakuje przyjezdnych. Belg nie siedzi dlatego, że nie ma nic do zrobienia. On siedzi mimo tego, że ma co robić. Wie, że rachunki nie znikną a życie zawsze znajdzie kolejny problem do rozwiązania. Po prostu nie uważa, że musi rozwiązać wszystko dzisiaj między obiadem a kawą.

Czasami myślę, że Belgowie odkryli coś, czego my w Europie Wschodniej nadal się uczymy. Że życie nie jest konkursem. Nie ma nagrody za największe zmęczenie, za najdłuższą listę obowiązków ani za największą liczbę rzeczy zrobionych jednocześnie. Nikt na końcu nie wręcza pucharu za najszybciej przeżyty tydzień.

Wielu emigrantów po kilku latach zaczyna przejmować belgijskie nawyki. Najpierw nieśmiało. Jedna kawa na tarasie. Potem dwie. Człowiek przestaje biec do sklepu, jakby brał udział w zawodach olimpijskich. Coraz rzadziej wpada w panikę, kiedy plan dnia nie został wykonany w stu procentach. Zaczyna rozumieć, że odpoczynek nie jest nagrodą za cierpienie. Jest normalną częścią życia.

I być może właśnie dlatego, kiedy spotykam sześćdziesięcioletniego Belga wiem, że zamierza przeżyć jeszcze trzydzieści lat. Polak po czterdziestce, marzy aby do emerytury dożyć.

Wtedy zaczynam rozumieć, że sekret belgijskiego spokoju nie tkwi w genach, frytkach ani opiece zdrowotnej. Tkwi w umiejętności odpuszczania rzeczy mniej ważnych nie mając  z tego powodu wyrzutów sumienia.

Dla Polaka jest to zachowanie podejrzane.

Dla Belga to po prostu zwykły wtorek albo niedziela. 

Małgorzata Zieminska 

Podziel się: