W czasach nieustannego szumu informacyjnego cisza stała się dobrem rzadkim, pożądanym i wyjątkowo trudno dostępnym.
Dawniej była czymś naturalnym, częścią rytmu dnia. Nie trzeba było o nią zabiegać ani jej nazywać. Dziś jest luksusem, coraz trudniej dostępnym w świecie, który mówi do nas bez przerwy.
Żyjemy w świecie dźwięków, w którym coś rozbrzmiewa niemal bez przerwy. Telefon dzwoni lub sygnalizuje nowe powiadomienie, ktoś obok prowadzi rozmowę przez zestaw słuchawkowy. W sklepie w tle sączy się muzyka z głośników, zza ściany dobiegają odgłosy telewizora, w tramwaju współpasażer słucha podcastu albo serialu.
Z kawiarni niesie się gwar rozmów, brzęk naczyń i syk ekspresu do kawy, a na ulicy miesza się szum przejeżdżających samochodów, ryk motocykli, sygnały karetek i trzask zamykanych drzwi. To codzienny krajobraz dźwiękowy, w którym coraz trudniej znaleźć chwilę prawdziwego milczenia.
Przestrzeń, która kiedyś była neutralna, stała się miejscem nieustannej aktywności. Dźwięki wypełniają ją od rana do nocy. Mówimy, słuchamy, chłoniemy dźwięk, często bez zastanowienia, a jeszcze częściej bez przerwy.
Coraz częściej brakuje nam spokoju. Zwyczajnych kilku minut, w których nikt czegoś nie mówi, nie domaga się uwagi i nie oczekuje natychmiastowej reakcji. Chwil, które należą tylko do nas i które nie są zapełnione strumieniem rozmów czy dźwiękiem.
Potrzeba ciszy pojawia się, gdy zmęczenie spotyka się z przesytem emocji. Zaczynamy wtedy rozumieć, że wyczerpanie nie wynika wyłącznie z obowiązków i terminów, lecz także z nadmiaru bodźców, które codziennie próbujemy przyswoić. Coraz wyraźniej czujemy, że cisza jest nam potrzebna i może stać się dla nas formą detoksu od informacji, ludzi i nieustannej gotowości do reagowania.
Nie chodzi jednak o wycofanie się z życia. Nie trzeba wyjeżdżać do odciętego od zasięgu domku w górach ani zapisywać się na warsztaty wyciszenia. Chodzi raczej o drobne, powtarzalne momenty, które mogą zdarzyć się w dowolnym miejscu: świadome nieodbieranie telefonu przez pół godziny, spacer bez słuchawek, gotowanie w ciszy, przerwa między spotkaniami, w której nie sprawdza się niczego.
Może to być także kilka minut w fotelu z kubkiem herbaty, obserwowanie tego, co dzieje się za oknem, albo po prostu siedzenie w milczeniu, bez konieczności wypełniania przestrzeni dźwiękiem.
Dla wielu osób cisza to coś nienaturalnego. Brak dźwięku bywa na początku trudny, niepokojący, a nawet drażniący. Ujawnia napięcie, pośpiech, brak skupienia i rozproszenie, które w hałasie łatwiej zignorować. Jednak właśnie wtedy, w tej początkowej nieporadności, coś zaczyna się zmieniać. Zatrzymujemy się nie dlatego, że musimy, ale dlatego, że możemy. Zauważamy detale, które wcześniej umykały: zapach powietrza po deszczu, szelest kartki, rytm własnego oddechu…
Cisza staje się przestrzenią, w której jest miejsce na myślenie i na brak myślenia. Na obecność, uważność i niespieszność. Choć pozornie nic się wtedy nie dzieje, to właśnie w tej bezczynności kryje się rodzaj odpoczynku, którego trudno znaleźć gdzie indziej.
Coraz więcej badań psychologicznych potwierdza, że dostęp do ciszy wpływa korzystnie na poziom stresu, koncentrację i odporność psychiczną. Nic więc dziwnego, że w różnych miejscach zaczynają pojawiać się inicjatywy mające ją przywrócić. W niektórych centrach handlowych wprowadzane są godzinne przerwy od reklam, kiedy sklepy wyłączają muzykę i komunikaty. Powstają także specjalne „przestrzenie ciszy”.
Cisza to codzienna decyzja, by choć na moment niczego nie włączać i znaleźć skrawek przestrzeni, w której można po prostu być. W świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi, staje się ona luksusem coraz trudniejszym do zdobycia. świecie, który bez przerwy coś mówi, staje się ona luksusem coraz trudniejszym do zdobycia.
Marzena Dobrowolska



