Pamiętam czasy, kiedy świąteczna atmosfera pojawiała się dopiero w grudniu. Czekało się na pierwszy śnieg, na ubieranie choinki i na Wigilię. Magia nie leżała na sklepowych półkach, ale w oczekiwaniu, w zapachu pomarańczy i w tym dziecinnym pytaniu, czy w tym roku Mikołaj zauważył, że byłam grzeczna.
Dziś magia jest w promocji. Najlepiej w pakiecie: kup jedno, drugie za pół ceny. Z darmową dostawą i możliwością zwrotu, jeśli nie spodoba się cioci. Prezent bez paragonu traci wartość, a jeśli jest nietrafiony, ląduje na OLX lub w internetowej grupie wymiany.
Święta są coraz bardziej przewidywalne. W tych samych sklepach co roku pojawiają się te same kolekcje, te same reklamy i gotowe dekoracje. Choinka staje się elementem scenografii już w listopadzie, a piosenki o dzwoneczkach grają w radiu, gdy za oknem wciąż jesień. Wszystko jest gotowe z wyprzedzeniem, jakby nawet wzruszenie dało się zaplanować.
Coraz mniej czasu zostaje na samo przeżywanie świąt. Zamiast cieszyć się chwilą, biegniemy od listy zadań do listy zakupów. Prezenty, pakowanie, zamawianie jedzenia, sprzątanie, gotowanie. I ta nieustanna presja, żeby wszystko wyszło „idealnie”. Ale kto właściwie ustala, co to znaczy?
Owszem, święta zawsze były trochę o jedzeniu i trochę o prezentach. Zawsze były też czasem drobnych napięć rodzinnych. Ale kiedyś łatwiej było poczuć, że zaczyna się coś wyjątkowego, że codzienność ustępuje miejsca prawdziwemu świętowaniu. Dziś, gdy świąteczne reklamy ruszają równolegle z wyprzedażą zniczy, granica między zwykłym a odświętnym staje się coraz mniej wyraźna.
Może problem nie leży w samym Bożym Narodzeniu, ale w tym, jak je organizujemy. Nadal gotujemy te same potrawy, nadal siadamy razem do stołu, ale coraz trudniej usłyszeć siebie nawzajem w całym tym hałasie i pośpiechu. Coraz częściej słyszę, że ktoś nie czuje już „ducha świąt”. Jedni mówią to z rezygnacją, inni z ulgą. Bo duch, jak wiadomo, bywa wymagający. Nie kupisz go w zestawie z kubkiem i kocem, nie zamówisz go z opcją dostawy tego samego dnia.
Święta coraz bardziej przypominają przedstawienie, które ma dobrze wyglądać na zdjęciach. Relacje w mediach społecznościowych stają się ważniejsze niż samo przeżycie. Bliskość trwa dwa dni, a potem znika razem z papierami po prezentach. Jeszcze nie tak dawno największym przeżyciem był wspólny spacer po Wigilii, śnieżka rzucona w drogę z pasterki czy występ dziecka na szkolnych jasełkach. Dziś ważniejsze jest, by dziecko dobrze wyglądało na Instagramie, a barszcz miał odpowiedni kolor na zdjęciu.
A może wcale nie musi tak być. Może w tym roku warto spróbować inaczej, spokojniej. Odpuścić kilka zadań z listy. Może nie wszystko musi być perfekcyjne, wystarczy, że będzie prawdziwe. Kiedy odejmiemy to, co materialne, zostajemy tylko my i nasze relacje. A te bywają trudniejsze do pielęgnowania niż choinka, która ma stać prosto.
Święta nie muszą być jak z reklamy. Wystarczy, że będą nasze. Mniej pośpiechu, mniej oczekiwań, mniej zakupów. Więcej obecności, więcej rozmów, więcej ciszy i zwykłego bycia razem.
Bo święta nie zniknęły. Może po prostu trzeba się trochę postarać, by je odnaleźć. Może to właśnie jest największy prezent, jaki możemy sobie w tym roku podarować.
Aleksandra Dobiecka



