Od zeszłego roku we Flandrii, belgijskim regionie cieszącym się dużą autonomią w kwestiach ochrony środowiska oraz zdrowia, pracuje na pełny etat lekarz klimatyczny. To pierwsze tego typu stanowisko w Europie. Zadaniem Jules’a Vertriesta jest przygotowanie Flamandów na zdrowotne skutki zmian klimatycznych.
Z Jules’em rozmawiam 1 lipca, gdy temperatura w większości Belgii przekracza 30 stopni, a w Brukseli dobija do rekordowych 36. Siedzimy w gmachu flamandzkiego Wydziału Zdrowia, więc i na zdrowiu skupia się mój rozmówca. Gdy próbuję zagaić o sprawę sądową, w której Region Flandrii został uznany winnym zaniechań w kwestii redukcji emisji i tym samym troski o prawa własnych obywateli, Jules odpowiada wymijająco. O tym, że to również Flandria długo blokowała złożenie przez Belgię planu klimatycznego do Komisji Europejskiej (w momencie spisywania tekstu w gronie zalegających państw znajdowały się jeszcze Polska i Estonia) już nie wspominam. Jules nie zamierza się tłumaczyć z polityki innych departamentów.
Maciej Bochajczuk: Spotykamy się w klimatyzowanym biurze, ale za oknem jest 36 stopni. Czy fala upałów oznacza dla pana więcej pracy?
Jules Vertriest: Wprawdzie sam nie przyjmuję pacjentów na konsultacje, to rzeczywiście w dni takie jak dziś otrzymuję więcej zapytań o porady zdrowotne – z innych departamentów. Naszym zadaniem jest jednak prewencja, więc gdy nadchodzą upały, jest już za późno. Teraz zajmujemy się wykonywaniem planów przygotowanych już wcześniej, jeszcze zanim zacząłem pracę na tym stanowisku.
Przy okazji jest to najgorętszy 1 lipca w historii pomiarów w Belgii. Miniony czerwiec był natomiast drugim najcieplejszym w historii, a wiosna tego roku wyjątkowo sucha. W jakim tempie nagrzewa się Belgia?
W skali całego globu optymistycznie zakładaliśmy wzrost temperatury powierzchni ziemi o maksymalnie 1,5 stopnia w stosunku do epoki przedprzemysłowej. Już wiemy, że ten poziom zdecydowanie przekroczymy. W dodatku Europa nagrzewa się dwa razy szybciej niż reszta świata. Jeśli zatem do 2050 r. średnia temperatura na Ziemi będzie wynosić 2,7 stopnia więcej niż 200 lat temu, to w Belgii może dobijać do 5 stopni więcej. To w tym momencie całkiem realistyczny scenariusz, chyba że jeszcze dzisiaj wymyślimy jak ocieplenie powstrzymać, a jutro to rozwiązanie wdrożymy.
Tymczasem pozostaje nam łagodzenie skutków coraz częstszych upałów.
Dokładnie tym się zajmujemy. Informujemy i zabiegamy o to, byśmy wszyscy dbali o siebie i bliskich, zwłaszcza tych najbardziej narażonych. Mam tu na myśli małe dzieci, które dysponują mniejszymi rezerwami płynów i w mniejszym stopniu są w stanie kompensować ekstremalne temperatury, a w dodatku rzadziej sygnalizują pragnienie. Podobnie jest z osobami starszymi, których organizm wolniej informuje o przegrzaniu, w wyniku czego mniej wydajnie się one pocą, a często dochodzą do tego również problemy z sercem.
A jak często będziemy musieli przygotowywać się na upały w przyszłości?
Według ostatniego badania Wolnego Uniwersytetu Brukselskiego belgijskie dzieci urodzone w 2020 r. doświadczą w ciągu swojego życia sześć razy więcej ekstremalnych fal upałów nich iż rodacy z rocznika 1960. Mówimy tu ekstremalnych upałach, czyli takich, które trwają co najmniej trzy dni i podczas których temperatury wzrastają do poziomu, który w świecie bez zmian klimatycznych osiągałyby tylko raz na sto lat.
Pan sam jest z wykształcenia lekarzem, ale domyślam się, że współpracuje pan z ekspertami z innych dziedzin?
Ponieważ zajmuję się zdrowiem, to współdziałam w pierwszej kolejności z biologami i epidemiologami. Monitorują oni m.in. rosnącą koncentrację pyłków w powietrzu, ale studiują też zachowanie komara tygrysiego. Owad ten wcześniej w Belgii nie występował, a dziś już się tutaj oraz w państwach ościennych zadomowił i jest w stanie przezimować. Komar tygrysi może przenosić choroby tropikalne takie jak zika, czikungunia czy denga. Przypadków zakażenia nimi poprzez przez tutejszego, „belgijskiego” komara tygrysiego jeszcze nie odnotowaliśmy, ale wraz ze wzrostem temperatury taka sytuacja staje się coraz bardziej prawdopodobna. Zresztą miała już miejsce i we Francji, i we Włoszech.
Czy wizją chorób tropikalnych roznoszących się po Europie chce pan nastraszyć opinię publiczną?
Sianie paniki na szczęście nie należy do moich obowiązków. Ja mam informować społeczeństwo, aby było ono odpowiednio przygotowane na konkretne zagrożenia dla zdrowia.
Napędzanie strachu wcale by mi w tym nie pomogło. Poza tym jako zespół uczestniczymy w opracowywaniu planów dla domów opieki, szkół, placówek ochrony zdrowia, by były one projektowane w sposób bezpieczny i funkcjonowały również w sytuacjach kryzysowych, takich jak np. powodzie.
Przypomnę, że największą katastrofą naturalną ostatnich lat była w Belgii powódź w Walonii w lipcu 2021 r., w której zginęło 39 osób. W przypadku tego typu zagrożenia, gdy naruszona zostaje infrastruktura, na profesjonalną pomoc trzeba czekać, czasem nawet kilka dni. I przez te kilka dni jesteśmy skazani na siebie. Możemy uczyć się od mieszkańców krajów częściej dotykanych powodziami, gdzie rozwinięta jest już powszechna świadomość tego, jak dbać o siebie oraz o osoby z grup wysokiego ryzyka. We Flandrii i Belgii nie mamy jeszcze wykształconych odruchów i ciężko nam wyznaczyć priorytety w sytuacji kryzysowej.
Wracając zaś do strachu, to mamy w wydziale specjalistów, którzy zajmują się tematyką stresu klimatycznego i odpornością psychiczną. Równocześnie jedna z organizacji partnerskich bada wpływ środowiska naturalnego na zdrowie psychiczne i w tym momencie pracuje ona nad projektem wdrażającym tereny zielone przy szkołach podstawowych.
Nie prowadzi pan gabinetu, ale w przeszłości pewnie zetknął się pan z ofiarami zmian klimatycznych.
Gdy pracowałem latem na ostrym dyżurze i trafiały do nas osoby z niewydolnością serca, to nie mogliśmy jednoznacznie stwierdzić, że było to wynikiem wyłącznie upału. Faktem jednak pozostaje, że w gorące dni takich przypadków zgłaszało się do nas więcej. Karetka przywoziła wówczas więcej pacjentów o podobnym profilu, z problemami sercowymi lub z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc.
Lekarz klimatyczny to brzmi dumnie oraz medialnie. Ale czy nie jest to listek figowy w czasach, gdy polityka klimatyczna od kilku lat przesuwa się w dół agendy Unii Europejskiej i gdy znacznie więcej mówi się dziś o obronności lub konkurencyjności?
Moim zdaniem duża polityka wciąż interesuje się środowiskiem. Naturalnie mogłaby tej uwagi sprawom klimatu poświęcać więcej. W mojej roli odpowiadam jednak przede wszystkim za to, jak my się dopasowujemy do zmian, a nie jak te zmiany powstrzymać. Adaptacja klimatyczna to moja domena.
I od kiedy objął pan stanowisko to odczuwa pan satysfakcję, że coś się zmienia i że na coś pan wpływa?
Bardzo trudno to zmierzyć, bo niestety pacjenci nie dzwonią i nie dziękują, że nie trafili do szpitala dzięki naszym zaleceniom. Ciężko „sfotografować” efekty naszej pracy, więc stoi przed nami także wyzwanie PR-owe.
Cały czas jednak edukujemy społeczeństwo i w swojej roli naprawdę nie muszę nikogo przekonywać, że klimat się zmienia. Bo co by się z nim nie działo, to prewencyjna ochrona zdrowia potrzebna będzie zawsze. Upały, pyłki i powodzie są częścią naszej rzeczywistości.
Często pan mówi o prewencji. Ale czy samo utworzenie funkcji lekarza klimatycznego nie jest raczej symptomem tego jak już zmienił się nasz klimat?
Pewnie ma pan rację. Zmiana klimatu leży u podstaw mojej funkcji, ale praca, którą wykonuję tak czy owak jest potrzebna i skorzystają na niej nawet klimatyczni sceptycy. Oni też cierpią podczas ekstremalnych temperatur i też powinni – dosłownie – zachować zimną krew, pić dużo wody, szukać cienia i używać kremu z filtrem. Aby uchronić się przed skutkami zmian klimatycznych, wciąż najwięcej możemy zrobić my sami.
Maciej Bochajczuk



