Od kiedy mieszkam w Belgii utwierdzam się w przekonaniu, że kolarstwo jest tu najpopularniejszą aktywnością fizyczną. Wprawdzie oficjalne statystyki dowodzą, że więcej osób biega, więcej jest zrzeszonych w klubach piłkarskich, a porównywalna liczba – w tenisowych, to rowery ewidentnie bardziej rzucają się w oczy. 

Na przykład w niedzielne przedpołudnie, gdy na spacerze mijają mnie kolejne pokrzykujące kilkunasto- i kilkudziesięcioosobowe peletony w pełnym profesjonalnym rynsztunku. Albo gdy podczas corocznych porządków służby wyławiają z niewielkiej rzeczułki Dijle w niewielkim Leuven ponad sto rowerów. 

  1. Zastępca rumaka

W Belgii odbywają się dwa z pięciu kolarskich klasyków, jednodniowych „monumentów”, w tym organizowany od 1892 Liège-Bastogne-Liège, najstarszy z nich. Podczas tych zawodów wykuwał się właśnie monument „Flandriena”, niekalkulującego walczaka, narzucającego sobie i innym mordercze tempo, przepasanego rezerwowymi dętkami, z twarzą rzeźbioną przez flamandzki wiatr, deszcz i błoto. 

Prawdziwych Flandrienów dzisiaj już nie ma, a i romantycznych historii jakby mniej. Trochę nostalgii ocalało tylko w niderlandzkim słowie rower, czyli „fiets”. Do teraz nie ma zgody co do jego etymologii – jedni uważają, że to mocno zdeformowany francuski „vélocipède”, inni znów, że to od holenderskiego kowala o nazwisku Viets. Najnowszy trop badawczy prowadzi jednak do zachodnich landów niemieckich i wyrażenia „Vize-Pferd” i mnie taka definicja roweru jako ersatzu konia najbardziej odpowiada.  

  • „Łydkogryzy” się zielenią

W samej Belgii kolarskie emocje sięgają zenitu już z początkiem sezonu i kwietnia, gdy odbywa się Dookoła Flandrii (niderl. Ronde van Vlaanderen). To jeden ze wspomnianych „monumentów”, a zdaniem wielu najcięższy jednodniowy wyścig w ogóle. Trasa prowadzi przez wyłożone kocimi łbami podjazdy zwane „łydkogryzami”, z nachyleniem przekraczającym 20 proc. Z bliska obserwuje zawody milion widzów, a przed ekranami odpowiednio więcej. Wśród nich są jednak i tacy, którzy bardziej niż kolarzom przyglądają się okolicznej przyrodzie. Bo sporo mówi ona o tym, jak zmienia się klimat. 

Zespół Pietera De Frenne z Uniwersytetu Gandawskiego przeanalizował ponad 200 godzin transmisji wyścigu z lat 1981-2016, kiedy to kolorowe nagrania miały już dostateczną jakość. Naukowcy skupili się na 46 drzewach i krzewach, które do dziś rosną przy charakterystycznych dla Ronde van Vlaanderen podjazdach. Praktycznie niezmienna trasa oraz regularna organizacja zawodów w pierwszych dniach kwietnia pozwoliły porównać dane fenologiczne.

Fenologia zajmuje się wpływem klimatu na periodycznie występujące zjawiska, np. listnienie i kwitnienie. I tak przy obserwowanych wzniesieniach widać dziś znacznie więcej kwiatów magnolii oraz liści na grabach, brzozach i głogu niż jeszcze trzy dekady temu. Średnia temperatura wzrosła tu w tym okresie o 1,5 st. C, zaś jasnego trendu w sumie opadów nie zanotowano. 

Dookoła Flandrii się, chcąc nie chcąc, zazieleniło, a dobrze udokumentowane wiosenne wyścigi kolarskie okazują się cennym źródłem badawczym. Prof. De Frenne mówi o ich dalszym wykorzystaniu do studiów nad zdrowiem drzew, poziomem wody w rzekach czy rozprzestrzenianiem się gatunków inwazyjnych.

3.Tajniki kolarskiego metabolizmu

We w pełni już umajonym krajobrazie, późną wiosną, centrum kolarskiego świata przenosi się do Włoch, gdzie odbywa się pierwszy z trzech „wielkich tourów”, Giro d’Italia. W tym roku rozgrywany był po raz 109. i zapamiętamy tę edycję również ze względu na dość osobliwe oświadczenie. Po jednym z pierwszych etapów prestiżowego wyścigu, w trosce o jego wizerunek organizatorzy poinformowali, że „oddawanie moczu do bidonu, a następnie jego wyrzucanie jest surowo zabronione”. 

Choć komunikat sformułowano zwięźle i ogólnikowo, to wiadomo, że jego adresatem był belgijski kolarz Victor Campenaerts. Wśród doświadczonych kibiców od lat krąży złota rada, aby pod żadnym pozorem nie pić z bidonów rozrzucanych przez zawodników na trasie. Śliski temat nie jest więc nowy i przesadzone są pogłoski, jakoby to Belg „wynalazł” wymagającą niewątpliwej sprawności technikę. Od dawna w peletonie znajdowali się akrobaci, którzy wprowadzali butelkę pod spodenki. Choć gdy szukać konkretnych dowodów, to znów trafimy na Campenaertsa, którego majstrowanie przy nogawkach zarejestrowały kamery podczas Tour de France w 2024 r.  

Etapy największych wyścigów trwają po pięć, sześć, a czasem i siedem godzin, a na odcinkach górskich zawodnicy spalają nawet 8 tys. kalorii. Wlewają w siebie litry koktajli regeneracyjnych i innych płynów. Zbędnych produktów przemiany materii trzeba się gdzieś pozbyć. Z reguły odbywa się to na spokojniejszych i odludniejszych fragmentach trasy. Zgodnie z kolarską etykietą cały peleton zjeżdża na pobocze, czeka aż wszyscy skończą i równocześnie powraca do rywalizacji.

Problem pojawia się, gdy w malowniczych pejzażach Giro d’Italia godzinami nie da się znaleźć ustronnego miejsca z dala od wzroku i telefonów kibiców. Wówczas górę biorą rozwiązania indywidualne. Można sikać na widoku, ryzykując regulaminową karę. Sam Campenaerts zarobił podczas tegorocznej edycji za to dwa mandaty w wysokości 200 franków szwajcarskich i nie on jeden zresztą. Można popuścić w biegu, przy pomocy kolegi z drużyny, który popchnie cię w krytycznym momencie skupienia. Dobre maniery wymagają, by manewr ten odbywał się raczej z tyłu niż z przodu stawki. 

Wreszcie pozostaje skomplikowana metoda “na bidon”, choć wówczas trzeba pamiętać, jak wielką popularnością cieszą się gadżety wyrzucane przez sportowców. Bidony to wyjątkowo pożądane relikwie, ale zasadniczo te puste, które nie narażają fanów na niemiłe niespodzianki. I to chyba głównie o to chodziło organizatorom Giro.

Być może jestem przeczulony, ale w belgijskiej rzeczywistości motyw oddawania moczu regularnie do mnie powraca. Latem 2023 r. „pipi-gate” dosięgła najwyższych szczebli władzy. Goście imprezy urodzinowej ówczesnego ministra sprawiedliwości Vincenta Van Quickenborne obsikali zabezpieczający vipowskie party radiowóz. W te same wakacje przechodnie sfilmowali jak wtedy poseł, a dzisiaj minister obrony Theo Francken bezceremonialnie podlewał klomb przy głównym bulwarze Brukseli. Pamiętam jak swego czasu miasto Gandawa co setną osobę korzystającą z publicznej toalety w jednej barowej okolicy nagradzało darmowymi frytkami.

I tak oto płynnie (sic!) od belgijskiego sportu narodowego udało mi się przejść do narodowego przysmaku. W wakacje życzę wszystkim czytelnikom, aby spalanie i uzupełnianie kalorii utrzymywali w zdrowej równowadze. 

Maciej Bochajczuk

Podziel się: