Narzekanie stało się naszym codziennym zwyczajem. Zaczyna się niewinnie, od pogody, korków czy cen w sklepach. Z czasem pojawia się w rozmowach o pracy, ludziach, polityce, zmęczeniu i codziennym życiu.
Co ciekawe, narzekają niemal wszyscy. Ci zapracowani i ci, którzy mają więcej wolnego czasu. Ci, którym się powiodło, i ci, którzy wciąż czekają na swój czas. Narzekają młodzi i starsi, single i rodziny, mieszkańcy miast i małych miejscowości. Jakby narzekanie stało się wspólnym językiem porozumienia.
Można odnieść wrażenie, że narzekanie pełni dziś funkcję społecznego spoiwa. Łączy ludzi szybciej niż entuzjazm, bo nie wymaga odwagi ani otwartości. Każdy może się do niego przyłączyć, bez obawy, że nie będzie miał nic do powiedzenia.
Być może narzekamy tak często dlatego, że żyjemy w ciągłym napięciu. Tempo życia nie zwalnia, oczekiwania rosną, a na chwilę wytchnienia zostaje coraz mniej miejsca. W takim świecie narzekanie staje się wentylem bezpieczeństwa. Sposobem na rozładowanie nagromadzonych emocji, na powiedzenie: „jest mi ciężko”, choć nie zawsze potrafimy to nazwać wprost.
Problem zaczyna się wtedy, gdy narzekanie przestaje być chwilową reakcją, a staje się nawykiem. Gdy zaczynamy widzieć świat głównie przez pryzmat braków, niedogodności i rozczarowań. Gdy rozmowy coraz rzadziej dotyczą tego, co dobre, a coraz częściej tego, co nas irytuje. Wtedy łatwo wpaść w pułapkę: im więcej narzekamy, tym więcej powodów do narzekania dostrzegamy.
Nie bez znaczenia jest też ciągłe porównywanie się z innymi. Media społecznościowe pokazują życie w wersji „premium”: uśmiechy, sukcesy, podróże, piękne wnętrza. Na tym tle zwykła codzienność wypada blado. Pojawia się poczucie, że coś nas omija, że inni mają lepiej, łatwiej, ciekawiej. Narzekanie staje się wtedy sposobem na rozładowanie tej różnicy między rzeczywistością a wyobrażeniem o tym, jak „powinno” być.
Paradoksalnie narzekamy także dlatego, że coraz rzadziej potrafimy się zatrzymać i docenić to, co mamy. Przyzwyczajamy się do wygód i stabilności, które z czasem przestają robić na nas wrażenie. To, co kiedyś cieszyło, dziś wydaje się oczywiste. A to, co oczywiste, przestaje być zauważane.
Narzekanie bywa też sposobem na powiedzenie innym, że jest nam trudno. Zamiast rozmowy często kończy się to jednak licytowaniem na zmęczenie i problemy. Kto ma gorzej, kto jest bardziej zapracowany, kto bardziej przeciążony. W takiej atmosferze trudno o prawdziwe zrozumienie.
Czy da się z tego wyjść? Pewnie nie całkowicie, narzekanie jest zbyt ludzkie, by dało się je wyeliminować. Ale można zacząć je zauważać. Zatrzymać się w pół zdania i zapytać siebie: czy naprawdę chcę teraz narzekać, czy może raczej powiedzieć, że jest mi ciężko, smutno albo że potrzebuję chwili spokoju?
Bo jest ogromna różnica między narzekaniem a mówieniem o swoich emocjach. Narzekanie często zamyka rozmowę. Szczerość otwiera ją na coś więcej.
Może więc nie chodzi o to, by przestać narzekać całkowicie, ale by robić to rzadziej i uważniej. By obok tego, co trudne, próbować dostrzegać także to, co dobre. By czasem zamiast kolejnego westchnienia powiedzieć: „nie jest idealnie, ale jakoś daję radę”.
Bo być może nie samo narzekanie jest tu najważniejsze, lecz to, że zbyt rzadko pozwalamy sobie na spokój. Bez poprawiania świata. Bez ciągłej oceny. Bez potrzeby komentowania wszystkiego dookoła.
Ewa Janik



