To, ile wysiłku oraz energii czasem wkładamy w to aby nic nie robić i nic nie zmieniać, jest wręcz porażające. 

Latami tkwimy w problemach, które ograniczają nasze życie, a jednocześnie nie podejmujemy żadnych działań aby te problemy rozwiązać. Odwracamy wzrok, zbywamy milczeniem, liczymy, że sytuacja się poprawi lub że ktoś inny sprawi, że problemy znikną. A te, jak na złość nie znikają. 

Skąd się bierze bierna postawa i dlaczego wkładamy ogrom energii w to, aby pozostać przy status quo, aby było tak, jak jest? 

Niepokój, który w ten sposób funkcjonującym osobom stale towarzyszy, ma zazwyczaj swoje źródło w rzeczywistych problemach w życiu osobistym lub w pracy (bywa, że w obu sferach), a mimo to i tak nie chcą się one przyjrzeć temu, co w prawdziwy i dojmujący sposób je od środka trawi. Zasłaniają się zmęczeniem, pracą, rodziną czy brakiem wiary w to, że ich życie może wyglądać inaczej. Próby zwrócenia takiej osobie uwagi na stan rzeczy najczęściej spełzają na niczym, napotykając na ścianę bierności, graniczącą momentami z milczącą nieobecnością. To trochę tak, jak byśmy po drugiej stronie w ogóle nie mieli rozmówcy, człowieka, który nas usłyszy, przemyśli i się ustosunkuje. 

Jest za to milczące przytakiwanie lub konstatacja, że to i tak nie ma sensu, że się nie uda lub że teraz już za późno na zmiany, więc lepiej, niech zostanie tak, jak jest. I tak tracimy bezpowrotnie szanse na ciepłą, serdeczną relację, na rozwój osobisty, na pracę na miarę naszych oczekiwań. Dobrowolnie wypuszczamy z rąk szansę na dobre, świadome życie. 

Jak to się dzieje, że dorosła osoba tkwi w sytuacji, która nie daje jej możliwości autonomicznego działania? Co sprawia, że pozostaje w życiowym impasie i nie tylko nie dostrzega źródeł problemów, ale wręcz stara się ich nie zobaczyć, odwracając głowę w przeciwnym kierunku? 

Pierwszą i jedną z najważniejszych kwestii jest tkwienie w pułapce zależności. Dzieje się tak na przykład, kiedy rodzice traktują dziecko jako nieporadne i niezdolne do samodzielności, mimo jego rozwoju i nabywania przez nie kolejnych umiejętności. Od lat mówi się o „helikopterowym wychowaniu”, gdzie nadopiekuńczy rodzice starają się rozwiązać za dziecko wszystkie problemy, planują jego przyszłość, wybierają zajęcia dodatkowe i ingerują w jego kontakty z rówieśnikami. Dziecko w takim domu nie ma okazji do samodzielnego podejmowania decyzji, popełniania błędów i uczenia się na nich. 

Tylko że chronienie przed trudnymi emocjami pozbawia dzieci rozwinięcia się u nich takich cech jak zaradność, umiejętność stanięcia w swojej obronie czy asertywne stawianie granic, co w dorosłości skutkuje bierną postawą wobec życia, brakiem odporności psychicznej i w konsekwencji brakiem umiejętności rozwiązywania problemów. 

Bywają też sytuacje całkowicie odwrotne i patologiczne, kiedy to dziecko przejmuje od wczesnych lat życia odpowiedzialność za swoich dorosłych rodziców, próbując zaspokoić ich potrzeby. Wychowujący się w takiej rodzinie młody człowiek uczy się, że to nie on jest ważny, a inni i ich potrzeby. 

Jakie są najczęstsze sygnały pozostawania w życiowym impasie? Potocznie kojarzymy z nim brak energii, zastój, niechęć do podejmowania decyzji oraz działań. Tymczasem osoby zakleszczone w życiowej pasywności często są postrzegane jako zajęte, zorganizowane i ogarniające rzeczywistość. Czują wewnętrzne napięcie i dyskomfort, przy jednoczesnym nierozwiązywaniu rzeczywistych problemów, pozostawiając znaczenie własnych napięć głęboko poza obszarem świadomości. 

Życiowa pasywność przejawia się na różne sposoby. 

Pierwszy z nich możemy nazwać nicnierobieniem. Nie reagujemy na daną sytuację i na możliwość jej rozwiązania, nawet jeśli jest ona dla nas wyniszczająca. Przykładowo, nie rozważamy zmiany pracy w momencie, kiedy sytuacja z szefostwem czy współpracownikami jest dla nas nie do zniesienia i zaczynamy stres z pracy przynosić do domu. Utrzymywanie takiego stanu rzeczy może skończyć się dla nas wypaleniem zawodowym (i często długim zwolnieniem lekarskim), a mimo to nie podejmujemy działań, aby tę sytuację zmienić. Całą energię i siły wkładamy w to aby utrzymać taki stan rzeczy. Często towarzyszy nam negatywne myślenie o sobie oraz brak rozpoznania własnych możliwości sytuacji problemowej.

Drugi rodzaj pasywności to rezygnacja z siebie. Innymi słowy –  nadmierne przystosowanie się. Ma miejsce wówczas, gdy zachowujemy się zgodnie z naszym wyobrażeniem na temat tego, czego od nas oczekuje drugi człowiek. Przykładowo, mąż organizuje weekendowy, rodzinny wypad w góry podczas gdy żonie najbardziej przydałoby się spędzenie czasu bez dzieci, z książką i herbatą na stoliku obok. Żona się jednak na ów wypad bez słowa godzi, mimo, iż weekendowe atrakcje w żadnym stopniu nie zaspokajają jej potrzeby pobycia w ciszy. 

Nadmierne przystosowywanie się jest pasywnością dlatego, że nie bierzemy pod uwagę swoich realnych potrzeb ani nie rozpoznajemy potrzeb innych ludzi w ich wymiarze rzeczywistym. Robimy dużo, często nadmiarowo, ale nie jest to o tym, czego potrzebujemy my, albo ta druga osoba. 

Kolejną pasywną strategią jest tkwienie w nieustającym emocjonalnym napięciu. Czując się źle i doświadczając niepokoju, działamy intensywnie, ale w sposób bezcelowy i nieukierunkowany na rozładowanie napięcia emocjonalnego. Nasza energia kieruje się w stronę rozładowania pobudzenia, a nie w stronę rozwiązania istniejącego problemu. Nie koncentrujemy się na sytuacji problemowej, tylko zaczynamy być intensywnie zajęci, nie komunikując jednocześnie, że coś nam nie pasuje. Objadamy się, robimy porządki, kompulsywnie robimy zakupy przez internet, zamiast powiedzieć o swoim stanie i nie eskalować pobudzenia. Taki rodzaj pasywności może przynieść chwilową ulgę, ale nadal utrzymuje rzeczywisty problem. 

Najsilniejszą formą pasywności są samoutrudnianie oraz autoagresja. Dzieje się tak, gdy na sytuację problemową reagujemy symptomami fizycznymi. Nie myślimy w kategoriach rozwiązania sytuacji, kierując jednocześnie energię na osłabienie siebie, uruchamiając często przy tym magiczne myślenie, że ktoś inny za nas coś zmieni. Niezmieniająca się, wyniszczająca nas sytuacja zaczyna generować coraz więcej niechęci i frustracji.

W pasywnym wymiarze życia może się nam wydawać, że kiedyś przyjdzie taki magiczny czas, że ktoś lub coś zmieni naszą rzeczywistość i usunie nawarstwiające się trudności. Złudna to i bardzo kosztowna (energetycznie oraz czasowo) pułapka, bo jak pokazuje życie, tak się zazwyczaj nie dzieje. Lata mijają, a my tkwimy w tym samym. A poza tym któż lepiej od nas miałby wiedzieć, czego nam potrzeba i jakie życie byłoby dla nas najlepsze?

Nie liczmy na to, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nasz los się odmieni. Tu nie ma drogi na skróty, a budowanie świadomości, praca nad wewnętrznymi przekonaniami i pozostawanie w uważności na życiowe zakręty jest najlepszym, co możemy podarować sobie i światu. Przyglądanie się sobie, temu, jaki/jaka jestem, jakie są moje potrzeby, badanie, gdzie jestem, jak funkcjonuję, jak chcę funkcjonować, jak chcę dobrze żyć i co do tego może mnie przybliżyć, to jedyny zdrowy i mądry sposób na budowanie własnego, prywatnego poczucia szczęścia. 

Aleksandra Szewczyk, psycholog