Dzień Matki to dobra okazja, by mówić także o tym, z czym mamy mierzą się na co dzień. O zmęczeniu, organizacji, tęsknocie i odpowiedzialności, którą dźwigają kobiety budujące swoje życie z dala od Polski.

Bo macierzyństwo na emigracji to nie tylko opieka nad dzieckiem. To także codzienne łączenie wielu ról: tłumaczki, organizatorki, osoby od spraw urzędowych, szkolnych, wizyt u lekarza i całego domowego zaplecza. Choć wiele Polek odnalazło się z czasem w nowej rzeczywistości, życie na emigracji wciąż oznacza konieczność godzenia wielu obowiązków.

„Najtrudniejsze były początki”

Dla części kobiet największym wyzwaniem nie było samo macierzyństwo, ale to, że przyszło im wejść w tę rolę z dala od bliskich i codziennego wsparcia, na które wcześniej mogły liczyć.

W Polsce zawsze „ktoś był”. Mama, babcia, siostra, teściowa, koleżanka, sąsiadka albo znajoma, do której można było zadzwonić, poprosić o pomoc albo po prostu się wygadać. Często chodziło o rzeczy pozornie drobne, które w codziennym życiu mają ogromne znaczenie: odebranie dziecka, szybkie zakupy, kilka godzin wsparcia albo zwykłą obecność.

„Najbardziej pamiętam to poczucie, że wszystko jest na mojej głowie” – opowiada 34-letnia Anna, mama dwóch córek, mieszkająca pod Antwerpią. „Kiedy dziecko było chore, a ja musiałam pracować, nie było nikogo, kto mógłby przyjść i pomóc”.

W rozmowach z mamami ten wątek wraca bardzo często. Nie chodzi tylko o brak pomocy w nagłych sytuacjach, ale o coś trudniejszego do zastąpienia: świadomość, że w razie potrzeby ktoś naprawdę jest blisko. Na emigracji właśnie tego często brakuje najbardziej.

Pomocne okazują się też relacje z innymi mamami: koleżankami, sąsiadkami czy znajomymi z polskiej szkoły, grup lokalnych albo przedszkola. To one często podpowiadają, gdzie zadzwonić, jak coś załatwić i na co zwrócić uwagę.

„Na emigracji bardzo szybko przestajesz udawać, że wszystko masz pod kontrolą” – śmieje się jedna z mam. „Bo prędzej czy później i tak przyjdzie dzień, kiedy musisz napisać do innej mamy: ratunku, jak to się tutaj załatwia?”

Nie wszystko da się zorganizować we dwoje

Część kobiet podkreśla, że nie chodzi o brak wsparcia ze strony partnera. Wielu ojców aktywnie uczestniczy w opiece nad dziećmi, dzieli codzienne obowiązki i realnie wspiera swoje partnerki. To jednak nie zmienia faktu, że nawet przy zaangażowaniu obojga rodziców często brakuje kogoś, kto mógłby przejąć choć część obowiązków w trudniejszym momencie.

Bo kiedy oboje pracują, brak pomocy prędzej czy później daje o sobie znać. Najbardziej wtedy, gdy coś nagle się komplikuje i nie ma nikogo, kto mógłby zareagować od ręki.

Problemem bywają nie tylko poważne sytuacje, ale też zwykłe sprawy, które nagle zaczynają się nawarstwiać: odbiór dziecka, zmiana planów, pilne zakupy, dodatkowe obowiązki, których nie da się przełożyć. Do tego dochodzą trudniejsze momenty, jak choroba dziecka, telefon ze szkoły albo przedszkola czy dzień, w którym wszystko zaczyna się sypać naraz.

Na emigracji trudniejsze staje się nie tylko samo macierzyństwo, ale całe codzienne funkcjonowanie rodziny. To właśnie ten codzienny ciężar wiele mam wspomina jako najtrudniejszy.

Codzienność pod kontrolą

Połączenie pracy zawodowej, życia rodzinnego i codziennych obowiązków oznacza dla wielu Polek w Belgii konieczność bardzo dobrej organizacji. Każdego dnia trzeba spiąć ze sobą kilka różnych obszarów i zadbać o to, żeby nic się po drodze nie rozsypało.

Praca zawodowa nie jest dla wielu kobiet wyłącznie źródłem dochodu. To także ważna część ich tożsamości, poczucie niezależności i kontakt z ludźmi. Problem w tym, że po zakończeniu pracy bardzo często nie zaczyna się odpoczynek, ale kolejna część dnia.

„Najtrudniejsze jest to, że kończę pracę i od razu zaczynam drugą zmianę” – mówi Karolina, mama pięcioletniego syna i pracownica fizyczna. „Odbiór z przedszkola, zakupy, gotowanie, pranie, przygotowanie wszystkiego na następny dzień. Czasem mam wrażenie, że to wszystko działa tylko dlatego, że mam każdy szczegół poukładany w głowie”.

W wielu domach to właśnie mamy częściej pilnują terminów szczepień, spotkań w szkole, urodzin dzieci z klasy, rzeczy do spakowania czy dokumentów do oddania. To one częściej pamiętają o tym, co trzeba przygotować i dopilnować. To praca, której zwykle się nie nazywa, choć bez niej trudno utrzymać codzienne funkcjonowanie rodziny.

Na emigracji dochodzi do tego jeszcze jeden wymiar. Sprawy związane z dziećmi i codziennym życiem trzeba załatwiać w innym języku. Kontakt ze szkołą lub przedszkolem, wizyty u lekarza, dokumenty, formularze czy zebrania wymagają nie tylko czasu i organizacji, ale też odnajdywania się w systemie, którego trzeba się nauczyć.

Z czasem część kobiet przyznaje też, że życie w Belgii zmieniło ich podejście do codzienności i macierzyństwa. Nie wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, nie wszystko trzeba robić perfekcyjnie i nie każda niedoskonałość jest od razu traktowana jak porażka.

„W Belgii zobaczyłam, że nie wszystko musi być idealne” – mówi Marta, mama trójki dzieci. „Nie mam już potrzeby udowadniania, że zawsze dam radę. Czasem obiad to coś szybkiego, czasem w domu nie wszystko jest ogarnięte, a dzieci i tak są szczęśliwe”.

Zmianą bywa też inne podejście do rodzicielstwa. Mniej oceniania, więcej pragmatyzmu. Mniej presji „idealnej mamy”, więcej zgody na to, że rodzina ma funkcjonować, a nie wyglądać perfekcyjnie.

Dorastanie z dala od Polski

Wychowanie dzieci z dala od kraju pochodzenia to kolejny ważny wymiar codzienności na emigracji.

W polskich rodzinach mieszkających w Belgii ważne jest, by dzieci nie straciły kontaktu z językiem polskim, rodziną w Polsce i własnymi korzeniami. W praktyce nie zawsze łatwo to wszystko pogodzić.

Nie chodzi jednak tylko o język. Dzieci na co dzień funkcjonują w kilku językach i szybko się do tego przyzwyczajają. Do tego dochodzą różne zwyczaje, inne podejście do wychowania, święta obchodzone na dwa sposoby i codzienność, w której dzieci naturalnie odnajdują się w belgijskim otoczeniu, a rodzice próbują jednocześnie zachować to, co jest dla nich ważne.

Wychowanie dzieci na emigracji to także próba połączenia dwóch codzienności i różnych doświadczeń. Dzieci dorastają tutaj, chodzą do belgijskich szkół i funkcjonują w systemie, który dla ich rodziców wciąż bywa nie do końca własny.

Dla rodziców ważne jest nie tylko to, żeby dziecko mówiło po polsku, ale też żeby rozumiało, skąd pochodzi jego rodzina, znało bliskich w Polsce i miało z nimi więź. To codzienne rozmowy po polsku i dbanie o to, żeby dzieci znały swoje korzenie.

Dochodzi do tego wiele codziennych wyborów, które nie zawsze są oczywiste. Jak mówić do dziecka? Czy poprawiać, kiedy odpowiada w innym języku? Jak nie zamienić polskości w obowiązek, a jednocześnie jej nie zgubić?

„Chcę, żeby moje dzieci wiedziały, skąd pochodzą, ale też żeby dobrze czuły się tutaj” – mówi Joanna, mama dwóch synów. „To trochę życie między dwoma światami. I chyba największa sztuka polega na tym, żeby nie wybierać jednego przeciwko drugiemu”.

Dla wielu Polek w Belgii właśnie tak wygląda codzienność. O tym też warto pamiętać w Dniu Matki.

Malwina Komysz

Podziel się: