Od lat budzi emocje i należy do najczęściej omawianych spraw w historii belgijskiego wymiaru sprawiedliwości. Dzieli opinię publiczną i środowisko prawnicze, stawiając pytania, na które do dziś nie udzielono jednoznacznych odpowiedzi.
Jak doszło do tej tragedii? Dlaczego młody mężczyzna zmieniał swoje zeznania? Czy był sprawcą, czy osobą niewinną? I wreszcie, jak to możliwe, że skazany na 26 lat pozbawienia wolności opuścił więzienie już po dekadzie?
Makabryczne odkrycie
Była sobota, 16 czerwca 2007 roku. W brukselskiej dzielnicy Marolles para stałych klientów zajrzała do magazynu tkanin prowadzonego przez rodzinę Storme. Choć sklep był zamknięty, mieli możliwość wejścia do środka, by odebrać wcześniej przygotowane zamówienia. Tego dnia jednak nikt ich nie przywitał, a w pomieszczeniu panowała nienaturalna cisza.
W niewielkim biurze klienci natrafili na panią Storme leżącą w kałuży krwi. W głębi magazynu znaleźli jej męża oraz córkę, Carlouchkę. U ofiar stwierdzono łącznie 101 ran kłutych: 33 u matki, 24 u ojca i 44 u córki. Brutalność ataku zaskoczyła nawet doświadczonych funkcjonariuszy. Liczba i sposób zadawania ciosów, zwłaszcza wobec córki, wskazywały na motyw o silnym podłożu emocjonalnym.
Brakowało jednego członka rodziny. Dziewiętnastoletniego Léopolda Storme, który według pierwotnej wersji wydarzeń miał w tym czasie przebywać w De Panne, przygotowując się do egzaminów.
Pierwsze sprzeczności
Na początkowym etapie śledztwa Léopold był traktowany jako świadek i potencjalna ofiara. Policja sprawdzała, czy w rodzinie Storme występowały konflikty lub problemy finansowe, które mogły mieć znaczenie dla sprawy. Léopold wspominał o rzekomym oszustwie finansowym, w które jego ojciec miał zostać wciągnięty, nie przedstawił jednak żadnych dowodów potwierdzających tę wersję.
Analiza logowań telefonu wykazała, że w dniu zbrodni przebywał w Brukseli, choć początkowo twierdził, że był w De Panne. Jego zeznania zaczęły się zmieniać i były niespójne. Raz zaprzeczał, że pojawił się w sklepie, innym razem przyznawał, że był w magazynie. Zmieniał także opisy rzekomych napastników, podając różną liczbę sprawców oraz rozbieżne szczegóły dotyczące ich wyglądu.
Twierdził, że do zabójstwa doszło podczas brutalnego napadu przeprowadzonego przez uzbrojonych, zamaskowanych sprawców ubranych na czarno. Utrzymywał również, że stracił przytomność, a po jej odzyskaniu zobaczył ciała ojca i siostry. Według jego relacji w ciele Carlouchki tkwił nóż, który wyjął w panice. Następnie opuścił magazyn i wrócił do De Panne.
Kolejne wersje wydarzeń znacznie się od siebie różniły. Śledczy nie znaleźli żadnych śladów wskazujących na obecność osób trzecich w magazynie. Zebrane dowody coraz wyraźniej obciążały Léopolda. W korytarzu zabezpieczono jego DNA, a na podłodze znaleziono ślady krwią zabrudzonych butów sportowych w rozmiarze 46, odpowiadającym noszonemu przez niego obuwiu.
Podczas przeszukania mieszkania w De Panne policja natrafiła na suszące się ubrania, na których wykryto DNA jego ojca. Analiza rozmieszczenia śladów krwi wskazywała, że młody mężczyzna był obecny na miejscu zbrodni.
Pozory i fakty
Informacje gromadzone przez śledczych rysowały coraz bardziej złożony obraz Léopolda. Uczył się na renomowanej Solvay Business School na kierunku zarządzanie, jednak z czasem wyszło na jaw, że miał poważne problemy i groziło mu skreślenie z uczelni.
Był uzależniony od narkotyków i utrzymywał kontakty ze środowiskiem przestępczym. Angażował się w działania balansujące na granicy prawa i znany był z tego, że niemal zawsze nosił przy sobie nóż. Jego partnerka zeznała, że zdarzało mu się okaleczać zwierzęta dla zabawy. Powrócił także wątek z przeszłości dotyczący podpalenia szkolnego laboratorium chemicznego, którego miał dokonać w wieku piętnastu lat. Wraz z postępem śledztwa rozdźwięk między dotychczasowym wizerunkiem a ujawnionymi faktami stawał się coraz bardziej widoczny.
Nie bez znaczenia były również relacje rodzinne. Ojciec uchodził za osobę surową i wymagającą, siostra za ambitną i podporządkowaną oczekiwaniom, podczas gdy sam Léopold coraz gorzej radził sobie z presją i własnymi niepowodzeniami. Napięcia narastały, a jednym z punktów zapalnych stał się zakaz wyjazdu do Kanady, gdzie studiowała jego partnerka. W tym kontekście obraz rodziny idealnej przestał być oczywisty.
Proces
Rozpoczął się w październiku 2010 roku przed sądem w Brukseli i od początku przyciągał uwagę całego kraju. Na ławie oskarżonych zasiadł młody, wykształcony mężczyzna z tak zwanego dobrego domu, oskarżony o brutalne zabójstwo swoich najbliższych.
Sprawa szybko okazała się wyjątkowo skomplikowana, głównie z powodu sprzecznych opinii biegłych psychiatrów. Część z nich uznała, że oskarżony mógł przeżyć epizod psychotyczny wpływający na jego zachowanie, inni natomiast twierdzili, że był w pełni poczytalny zarówno w chwili czynu, jak i w trakcie procesu.
Przed sądem przedstawiono opinie kilku zespołów ekspertów. Niektórzy opowiadali się za zastosowaniem środka zabezpieczającego w postaci umieszczenia w zakładzie psychiatrycznym, inni jednoznacznie wykluczali istnienie zaburzeń psychicznych. Rozbieżności te nie wpłynęły jednak na stanowisko prokuratury.
Oskarżenie podkreślało, że nie istnieją żadne dowody wskazujące na obecność osób trzecich w magazynie, a wszystkie zabezpieczone ślady prowadzą wyłącznie do Léopolda Storme’a. Zwracano również uwagę, że tylko on miał dostęp do pomieszczeń, a kolejne wersje wydarzeń były wzajemnie sprzeczne i nie znajdowały potwierdzenia w ustaleniach śledztwa.
Sam oskarżony mówił o ogromnym poczuciu winy związanym zarówno ze śmiercią rodziców i siostry, jak i z własnym zachowaniem podczas dochodzenia. Zapewniał, że nie zabił swoich bliskich. Podkreślał także, że żałuje kłamstw składanych śledczym, przyznając, iż podważyły one jego wiarygodność i utrudniły postępowanie.
Szczególne poruszenie wywołało odtworzenie wiadomości głosowej, którą Storme wysłał do ojca już po jego śmierci. Choć musiał wiedzieć, że rodzina nie żyje, w nagraniu brzmiał spokojnie i swobodnie, jakby rozmawiał z kimś żywym. „Halo tato? Tu Léopold. Nad morzem wszystko dobrze. Przesyłam buziaki. Dobranoc.” Naturalny ton tej wiadomości wywołał głębokie poruszenie na sali sądowej.
Jednym z najmocniejszych momentów rozprawy były ostatnie słowa oskarżonego. „Widziałem, słyszałem i czułem morderców mojej rodziny. To nie były halucynacje ani wytwór mojej wyobraźni. Byłem obecny 16 czerwca 2007 roku i mogę przysiąc, że nie zabiłem moich rodziców ani Carlouchki” – powiedział Léopold przed sądem.
Wyrok i dalsze losy sprawy
Choć prokuratura mogła domagać się dożywotniego pozbawienia wolności, ostatecznie wnioskowała o karę 30 lat więzienia. Dwunastoosobowa ława przysięgłych, po całodniowych obradach uznała Léopolda Storme’a za winnego zabójstwa ojca, matki i siostry. Sąd skazał go na 26 lat pozbawienia wolności, stwierdzając, że był poczytalny zarówno w chwili popełnienia czynu, jak i w trakcie procesu.
W uzasadnieniu decyzji przysięgli w dużej mierze podzielili argumentację prokuratury. Choć nie istniał jeden bezpośredni dowód jednoznacznie przesądzający o winie oskarżonego, zgromadzony materiał poszlakowy uznano za wystarczająco silny. Wskazywano między innymi na obecność jego DNA na miejscu zbrodni oraz ślady obuwia odpowiadające butom należącym do Storme’a. Nie odnaleziono natomiast żadnych dowodów sugerujących udział osób trzecich. Zwrócono także uwagę na problemy oskarżonego z narkotykami oraz napięte relacje rodzinne, które mogły być mniej harmonijne, niż przedstawiała to obrona.
Ogłoszenie wyroku Storme przyjął bez wyraźnych emocji. Jego bliscy, którzy mimo tragedii nie odwrócili się od niego i przez cały proces okazywali mu wsparcie, opuścili salę sądową w ciszy. W 2011 roku Sąd Najwyższy odrzucił jego skargę kasacyjną, podtrzymując wyrok.
Rodzina Léopolda, zwłaszcza babcia i wuj, konsekwentnie podważała ustalenia sądu. „Wiem, że Léopold nie ma z tym nic wspólnego. Jest ofiarą rzeczy absolutnie niezrozumiałych” – mówił Vincent Storme, jego wuj i ojciec chrzestny.
Mimo surowego wyroku dalszy bieg sprawy przyniósł kolejne kontrowersje. W lutym 2017 roku, po odbyciu zaledwie jednej trzeciej kary, sąd penitencjarny w Brukseli zdecydował o warunkowym zwolnieniu Storme’a. Nie nałożono na niego obowiązku noszenia elektronicznej bransolety, a jako główny powód wskazano możliwość kontynuowania przez niego studiów ekonomicznych.
Kilka miesięcy później, w czerwcu, Storme stawił się na obowiązkowej kontroli pod wpływem alkoholu i w złym stanie psychicznym, naruszając warunki zwolnienia. Został ponownie osadzony w więzieniu, jednak po kilku tygodniach ponownie go zwolniono, uznając, że naruszenie nie było na tyle poważne, by cofnąć wcześniejszą decyzję. Do warunków zwolnienia dodano obowiązek regularnej terapii psychologicznej.
Specjaliści ocenili, że Storme nie cierpi na trwałe zaburzenia psychiczne, choć w chwili popełnienia zbrodni mógł doświadczyć epizodu psychotycznego. Podkreślano także jego wieloletnią pracę nad sobą i wysoki poziom introspekcji, a ryzyko ponownego użycia przemocy uznano za minimalne. Po opuszczeniu więzienia Léopold Storme nie zabierał publicznie głosu.
Sprawa do dziś pozostaje źródłem licznych wątpliwości. Poza dramatem rodzinnym ujawniła także niejednoznaczności dotyczące motywów, przebiegu zdarzeń oraz granic odpowiedzialności karnej. Dla jednych jest przykładem wyjątkowo brutalnej zbrodni, dla innych dowodem na to, że nie wszystkie okoliczności zostały w pełni wyjaśnione.
Czy był sprawcą działającym pod wpływem impulsu lub zaburzeń psychicznych, czy jedynie świadkiem wydarzeń, których nie potrafił wiarygodnie opisać? A może prawda, jak często w najbardziej skomplikowanych sprawach karnych, leży gdzieś pomiędzy? To pytania, które sprawiają, że sprawa Storme’a wciąż pozostaje jedną z najbardziej złożonych i dyskutowanych w historii belgijskich procesów karnych.
Anna Janicka



