Wiele osób traktuje wiarę w siebie jak dar losu – coś, z czym człowiek albo się rodzi, albo nie. To jeden z najszkodliwszych mitów współczesnej psychologii popularnej. 

Wiara w siebie nie jest bowiem stałą cechą charakteru, lecz dynamicznym procesem i umiejętnością, którą można wypracować, podobnie jak kondycję fizyczną czy znajomość języka obcego. Można ją podnieść także wtedy, kiedy okoliczności naszego wzrastania były zupełnie niesprzyjające. To fundament, na którym opieramy praktycznie wszystkie nasze decyzje, relacje i odwagę do realizowania marzeń. Sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni lub przybici i bezwartościowi w różnych życiowych sytuacjach. 

Prawdziwa pewność siebie nie polega na przekonaniu o własnej nieomylności czy wyższości nad innymi. Zupełnie nie o to chodzi. To raczej głębokie, wewnętrzne zaufanie do własnych zasobów. To świadomość, że nawet jeśli poniesiesz porażkę, masz w sobie siłę, by się podnieść, wyciągnąć wnioski i spróbować ponownie. Jest to świadomość, że posiadamy zdolności niezbędne do poradzenia sobie w konkretnej sytuacji. 

To właśnie ta składowa sprawia, że podejmujemy działanie, zamiast wycofywać się w lęku. I tu trzeba być czujnym, bo wielu z nas pracując nad poczuciem własnej wartości, wpada w groźną pułapkę pt. „zacznę dopiero gdy będę gotowy”. 

Największym błędem w budowaniu pewności siebie jest czekanie na moment, w którym poczujemy się w pełni gotowi i pewni. A prawda jest prozaiczna i brutalna: pewność siebie rzadko wyprzedza działanie. Ona jest jego owocem. 

Wyobraź sobie naukę jazdy na rowerze. Nie uwierzyłeś, że potrafisz to robić, siedząc na kanapie i czytając instrukcję. Przekonałeś się dopiero wtedy, gdy po kilku upadkach udało Ci się przejechać pierwszy metr bez podparcia. W życiu dorosłym działa to identycznie. Odwaga to nie brak strachu, ale działanie mimo jego obecności. I warto to mocno podkreślić: każdy mały krok wykonany „na drżących nogach” kładzie cegiełkę pod fundament Twojej wiary w siebie.

Kluczowym elementem budowania pewności siebie jest praca z wewnętrznym dialogiem, który sami ze sobą prowadzimy. Większość z nas nosi w głowie „wewnętrznego krytyka” – głos, który przy najmniejszym błędzie krzyczy: „Znowu to zepsułeś!”, „Wiedziałem, że nie dasz rady”, „Inni są lepsi”.

Ten głos, mimo iż płynie z naszego wnętrza, często nie jest nasz. To echo krytycznych uwag rodziców, nauczycieli czy rówieśników z przeszłości. Aby uwierzyć w siebie, musisz stać się świadomym obserwatorem myśli blokujących Cię przed podjęciem działania. Zamiast brać je za prawdę absolutną, zacznij je podważać. Gdy słyszysz: „Nigdy mi się nic nie udaje”, zadaj sobie pytanie: „Czy to rzeczywiście jest prawda? A co z tym projektem z zeszłego miesiąca? Co z  sytuacją, w której załatwiłem i dopiąłem taką czy inną kwestię?”.

Zastąpienie wewnętrznego krytyka „wewnętrznym mentorem” nie polega na bezmyślnym powtarzaniu  słynnej już i humorystycznej afirmacji w stylu „jestem zwycięzcą”. Chodzi o to, by być dla siebie dobrym i wyrozumiałym przyjacielem. Dobry przyjaciel nie powie Ci, że jesteś beznadziejny, gdy zawalisz sprawę. Powie: „To było trudne, popełniłeś błąd, ale zobaczmy, co możemy z tym teraz zrobić”.

Metoda małych zwycięstw

Wielkie cele potrafią paraliżować. Jeśli Twoim celem jest stać się pewnym siebie liderem, podczas gdy dotychczas funkcjonowałeś na drugim lub trzecim planie, Twoja psychika może uznać to za zbyt trudne i wycofać się w bezpieczną strefę komfortu. Rozwiązaniem jest metoda małych kroków.

Zacznij od rzeczy tak małych, że aż wydają się błahe. Jeśli boisz się wystąpień publicznych, a chcesz się w tej materii podszkolić, nie zaczynaj od wykładu dla stu osób. Możesz zabrać głos na spotkaniu w pracy, by zadać jedno krótkie pytanie. Jeśli boisz się odrzucenia, poproś o rabat w sklepie, wiedząc, że możesz usłyszeć „nie”. Każde takie mikro-zwycięstwo wysyła sygnał do Twojego mózgu: „Przeżyłem to. Dałem radę. Jestem silniejszy, niż myślałem”.

Otoczenie ma znaczenie

Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Ludzie, którymi się otaczamy, działają jak lustra – odbijają obraz tego, kim jesteśmy. Jeśli Twoje otoczenie składa się z osób wiecznie narzekających, podcinających skrzydła lub toksycznie rywalizujących to niezwykle trudno będzie Ci zbudować zdrową samoocenę. Niektóre teorie mówią, że jesteśmy sumą pięciu najbliżej otaczających nas osób. I jest w tym ogromna mądrość. Tak jak w przysłowiu „Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci, kim jesteś”.

Szukaj zatem ludzi, którzy wyznają zasadę „płyniemy na tej samej łodzi”. Ludzi, którzy cieszą się z Twoich sukcesów i potrafią konstruktywnie wspierać w porażkach. Czasami proces budowania wiary w siebie wymaga bolesnej rewizji kontaktów towarzyskich. Bo czy potrzebna nam w bliskim otoczeniu osoba, która ciągle nas sabotuje? Zamknięcie pewnych relacji to akt zdrowej troski i najwyższego szacunku do samego siebie.

Ciało jako sprzymierzeniec

Wiara w siebie to nie tylko głowa. To także ciało. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że istnieje silna korelacja między naszą postawą a stanem emocjonalnym. Badania nad tzw. „pozycjami mocy” sugerują, że wyprostowana sylwetka, podniesiona głowa i rozluźnione ramiona mogą obniżać poziom kortyzolu (hormonu stresu) i podnosić poziom testosteronu, co bezpośrednio przekłada się na poczucie pewności.

Zadbajmy zatem o nasze ciało nie z nienawiści do niego, ale z szacunku. Aktywność fizyczna, odpowiednia ilość snu i zdrowe odżywianie to sygnały, które wysyłasz samemu sobie: „Jestem dla siebie ważny. Zasługuję na to, by czuć się dobrze”.

Akceptacja niedoskonałości

Ostatnim, choć być może najważniejszym filarem wiary w siebie, jest zgoda na własną niedoskonałość. Paradoksalnie, najpewniejsi siebie ludzie to ci, którzy nie boją się przyznać do błędu czy niewiedzy. Są świadomi, że ich wartość nie zależy od tego, czy są nieomylni.

Perfekcjonizm jest największym wrogiem pewności siebie. To tarcza, którą nosimy, bojąc się oceny. Kiedy odpuścimy potrzebę bycia idealnym, poczujemy ogromną ulgę. Wiara w siebie to wolność do bycia autentycznym, ze wszystkimi swoimi zaletami i ograniczeniami.

Budowanie wiary w siebie to maraton, nie sprint. To proces rozciągnięty na przestrzeni całego naszego życia. I jak to w życiu, będą dni, kiedy poczujemy się panami świata, ale będą i takie, w których znów zwątpimy w sens swoich działań. To jest zupełnie naturalne. Kluczem jest jednak powtarzalność i cierpliwość.  Jeśli chcesz popracować nad sobą, możesz zacząć od dzisiaj. Zapisz trzy rzeczy, które dziś zrobiłeś dobrze. Wyprostuj się. Powiedz swojemu wewnętrznemu krytykowi, żeby na chwilę zamilkł, i zrób jedną rzecz, której się boisz. Tylko tyle i aż tyle.

Nie ma bowiem nic cenniejszego niż poczucie, że potrafię stawić czoła podstawowym życiowym wyzwaniom. Umiejętność patrzenia na świat własnymi oczami. Przekonanie, że mam prawo do szczęścia, zaspokajania swoich potrzeb i pragnień, osiągania tego, co dla mnie ważne, do radości z owoców swojej pracy. Mimo deficytów, słabości i ocen płynących ze świata. 

Aleksandra Szewczyk, psycholog

Podziel się: