„Zetknąłem się ze złem w czystej postaci, którego przed pandemią nie znałem” – wywiad z wirusologiem Markiem Van Ranstem

 Był twarzą walki z COVID-19 w Belgii, doradzał rządowi, a potem przez ponad miesiąc ukrywał się przed uzbrojonym ekstremistą planującym zamach. Marc Van Ranst, profesor wirusologii na KU Leuven i jeden z najbardziej atakowanych ekspertów pandemicznych w Europie, mówi o tym, jak kryzys zdrowotny napędził teorie spiskowe i przemoc. W 2025 r. Van Ranst wydał nietłumaczoną jeszcze książkę „Virologica. Nauka między prawdą, opieką i szaleństwem”, a wcześniej m.in. przełożoną na polski „Potworne mikroby”.

Stosuje pan jeszcze wskazówki, których podczas pandemii udzielała policja w trosce o 

pana bezpieczeństwo?

Na pewno wciąż jestem bardziej świadomy swojego otoczenia niż kiedyś. Z większą swobodą przychodzi mi już jednak umawianie się na spotkania z nieznajomymi, niekoniecznie będę też zmieniał miejsce i godzinę spotkania w ostatniej chwili. Zalecano mi jeszcze, by w restauracji wybierać stolik z widokiem na wejście, aby szybciej dostrzec nietypowe zachowania. Dzisiaj zupełnie normalnie funkcjonuję, często jeżdżę transportem publicznym, gdzie jednak raz na jakiś czas ktoś wykrzyczy do mnie, że „chciałem wszystkich zabić tymi szczepionkami”. 

Do tych krzykaczy za chwilę wrócimy, ale nawet bez nich rola eksperta podczas pandemii jest chyba wyjątkowo niewdzięczna?

Z tego każdy ekspert, doradca czy komisarz musi sobie zdawać sprawę od samego początku. Stajemy się chodzącą polisą na życie rządzących i jeśli wszystko idzie dobrze, to polityk obwieszcza „nasz wspólny” sukces. W przeciwnym wypadku nie ma co się łudzić, że weźmie winę na siebie. 

Nie istnieje przy tym scenariusz, w którym wszyscy przyznają, że dobrze zarządzaliśmy kryzysem, bo oczekiwania ogółu zmieniają się i rosną na bieżąco. W przypadku pandemii takiej jak COVID-19 nie istnieje idealna liczba zgonów. Gdy było ich mało, a więc nasza praca przynosiła rezultaty, krytykowano nas za przesadne obostrzenia. Gdy umierało dużo osób, oskarżano nas o niedoszacowanie ryzyka. 

Za to może pod względem czysto zawodowym i naukowym był to dla pana interesujący i pouczający czas?

To był przede wszystkim bardzo dziwny okres. Z perspektywy naukowca z pewnością ciekawy, ale tak szybko wchłonęło mnie zarządzanie kryzysem, że praktycznie nie miałem czasu na własne badania. Mogłem najwyżej czytać artykuły naukowe. Lata 2020-22 przemknęły w moim odczuciu niczym pół roku i ciężko w takich okolicznościach mówić o spełnieniu zawodowym czy rozwoju kariery.

Dziś spogląda pan wstecz z satysfakcją dobrze wykonanej pracy?

Tak. Nie sądzę, byśmy mogli przeprowadzić Belgię przez pandemię w zasadniczo inny sposób. Zawsze możemy pogdybać o podejmowaniu poszczególnych decyzji – w idealnym świecie. Postulowaliśmy na przykład szybszą reakcję na drugą falę wirusa. Politycy wykluczali taką możliwość, mówili, że histeryzujemy, że przecież się nie pali. Cóż, oni też nie mają łatwo, odpowiadają przed swoim elektoratem.

Podczas pierwszego lockdownu doradzaliśmy, by z zamykaniem szkół zaczekać do szczytu zachorowań, aby do minimum ograniczyć zakłócenia w nauce. Uprzedziła nas jednak Francja, a musi pan wiedzieć, że francuskojęzyczni Belgowie włączają wieczorem wiadomości na belgijskim kanale, a w połowie przełączają na telewizję francuską. Zdarzali się nawet w Walonii politycy, którzy ogłaszali francuskie zasady sanitarne. Taka już jest belgijska rzeczywistość, więc aby uniknąć zamieszania, podążyliśmy za przykładem Francji.

Czyli sobie nie ma pan nic do zarzucenia?

Nie dam się namówić na wyznanie win. Niezwykle łatwo jest, mając do dyspozycji 100 proc. danych, oceniać decyzje, które my podejmowaliśmy, dysponując 15 proc. informacji. Takie dywagacje są zupełnie bezprzedmiotowe, bo sytuacja wymagała działania tu i teraz. Nie mogliśmy zlecać wielomiesięcznych ekspertyz lub przeprowadzać ogólnonarodowych referendów. Na tym polega uroda zarządzania kryzysem i jestem przekonany, że w razie nowej pandemii będziemy postępować bardzo podobnie.

A nie uda się nam przynajmniej lepiej koordynować działań z innymi państwami? Momentami różnice w podejściu do pandemii przypominały kuriozalną rywalizację, a my wszyscy sprawdzaliśmy dzienne liczby zgonów jak tablicę wyników sportowych.

Każdy kraj jest inny. Przez lata wykładałem w Szwecji i gdy tam zniesiono zasadę półtorametrowego odstępu, to Szwedzi się cieszyli, że mogli wrócić do swoich zwyczajowych trzech metrów. Gdy szwedzki rząd apelował o ostrożność i przestrzeganie dystansu, to obywatele z reguły podchodzili do tego zrozumieniem. W Belgii propozycje i zalecenia wywołują raczej odwrotną reakcję i uruchamiają instynkt kreatywnego ich obchodzenia. Proszę sobie wyobrazić, że rząd „zaleci” nam płacenie podatków. Niektóre zasady były w Belgii z założenia surowsze, bo dobrze wiedzieliśmy, że część społeczeństwa będzie je ignorować.  

Gdzie leży klucz do jasnego i logicznego komunikowania o kryzysie?

Sam miałem za sobą doświadczenie pandemii grypy meksykańskiej z lat 2009-10. Pełniłem wtedy funkcję międzyministerialnego komisarza przy gabinecie premiera i regularnie występowałem w mediach. 

Po pierwsze uświadomiłem sobie, że możemy stawać na głowie, a i tak nigdy nie dotrzemy z przekazem do całego społeczeństwa. Goniłem z jednego studia telewizyjnego do drugiego, negocjowałem, by być pierwszym, w najgorszym przypadku drugim newsem w programie informacyjnym, w kanale publicznym oraz prywatnym, do tego w dwóch programach publicystycznych i w trzech gazetach, a pod koniec dnia okazywało się, że tak naprawdę za każdym razem mówiłem do tych samych odbiorców. 

Mamy całkiem sporą grupę, która nie czyta gazet i nie ogląda wiadomości. Zacząłem więc uczestniczyć w głupawych teleturniejach i innych formatach rozrywkowych. Występowałem w „Kole Fortuny” pod warunkiem, że producenci zagwarantowali mi kilka minut na wypowiedź o szczepieniach. To niosło się potem w kolorowych magazynach i portalach plotkarskich. 

Wreszcie istnieje grupa nieosiągalna. Taka, która nie chce być informowana, a później najgłośniej będzie narzekać na kulawą komunikację. Oni wiedzę czerpią z trzeciej ręki, z clickbaitowych nagłówków i z fake newsów. 

Po drugie zawsze staram się pamiętać o moim dziadku, o tonie i słownictwie, jakim się posługiwał. Pracował jako robotnik w zakładach metalowych, a szkołę ukończył w wieku dwunastu lat. Byłby bardzo zawiedziony, gdyby jego wnuk mówił z ekranu niezrozumiałym językiem, po profesorsku wymieniał listę zastrzeżeń i kwalifikatorów. Dla naukowca redukcja jest trudna, ale kluczowa, gdy otrzymujesz 30-sekundowe wejście przed kamerą. 

Jeśli chcesz przekazać wątpliwości, to musisz je przemycić w części, która nie zostanie później wycięta. Pod tym względem bezcenne są wywiady na żywo i nie można ich sobie odmawiać. Na żywo otrzymujesz już widownię na widelcu i sam decydujesz o przekazie. Gdy nabierzesz w tym wprawy, zaczynasz traktować pytania dziennikarza jako pomost do wcześniej przygotowanych wypowiedzi. Jeśli jesteś na bieżąco z tym, z czym mierzą się np. konsultanci szczepionkowych infolinii, to bez względu na pytanie prowadzącego udzielisz „odpowiedzi dnia”. 

Czy najtrudniejsze decyzje pandemiczne dotyczyły wyboru między ochroną zdrowia a ochroną gospodarki?

Jednego nie da się oddzielić od drugiego. Bez działającej ekonomii nie można zapewnić przyzwoitej ochrony zdrowia. Cały czas braliśmy to pod uwagę i zarzut, że wirusolodzy myśleli tylko o wirusie jest niesprawiedliwy. Rano pracowałem w zespole opracowującym strategię wychodzenia z pandemii, a po południu spotykałem się ze wspólnotami religijnymi, przedstawicielami klubów sportowych i sektora gastronomicznego. W międzyczasie mailami zasypywał mnie związek wędkarzy. 

Uświadomiłem przy tym sobie, że wprowadzenie lockdownu jest sto razy prostsze niż planowanie jego zniesienia. Strategię wyjścia trzeba mieć gotową od samego początku i tutaj pracowała nad nią grupa dziesięciorga ekspertów, w tym prezes Narodowego Banku Belgii. Jego ludzie non-stop kalkulowali koszt poszczególnych decyzji, operowali dziesiątkami milionów euro. W takich momentach każdy zdaje sobie sprawę ile interesów leży na szali i z jaką rozwagą należy działać.

Miał pan okazje poznać każdy aspekt życia w Belgii. Czy dowiedział się pan także czegoś nowego o belgijskiej klasie politycznej?

Chyba już cały świat wie, że mamy w Belgii ośmiu lub dziewięciu ministrów odpowiadających za różne obszary ochrony zdrowia. Lawirowanie między nimi, udział w międzyministerialnych konferencjach, tłumaczenia na trzy oficjalne języki: niderlandzki, francuski i niemiecki – to wszystko wymaga cierpliwości i wytrwałości.

Ogólnie z politykami współpracuję na swój sposób, który polega na podtrzymywaniu twórczego napięcia. Nasze relacje pokryte są cienką warstwą lodu, po którym da się sprawnie jeździć jak na łyżwach. To znacznie wydajniejszy sposób niż gdy jedni cię nie znoszą, a inni chcą zagłaskać na śmierć. 

W książce „Virologica” przyznał pan, że mógłby występować w tym „politycznym cyrku”, czyli wejść do polityki.

Tak, bo nie uważam, by była to dla mnie za głęboka woda. W szpitalu prowadzę wieloosobowe zespoły, których nie znam tak dobrze jak czołowych belgijskich polityków. Posiedzenie rady ministrów wydaje mi się pod tym względem bardziej przewidywalne i być może nawet łatwiejsze. 

Poza tym sądzę, że większość – powtarzam: większość – polityków ma dobre intencje. A na najwyższym poziomie wszyscy bez wyjątku bardzo ciężko pracują. Gdy zbieraliśmy się o ósmej rano, o ósmej pięć słychać było dźwięk pierwszych otwieranych Red Bulli. Wbrew ich powszechnemu wizerunkowi darmozjadów miałem okazję obserwować u polityków naprawdę dużo dobrej woli. Oczywiście nie zawsze szło to w parze z kompetencjami. Jedni są superkompetentni, inni nie sprawdziliby się w zarządzie małego klubu sportowego. 

Pozytywnie zaskoczyła pana również gotowość Belgów do szczepień przeciw COVID-19. Nieoficjalnie zakładał pan, że zaszczepi się 70 proc., a ostatecznie zrobiły to 90 proc. społeczeństwa.

Szczepienie przeciw koronawirusowi w ogóle było sukcesem na światową skalę. W Belgii należy go zapisać na konto samorządów. Jeden burmistrz chciał zrobić to lepiej od drugiego i wytworzyła się między nimi zdrowa konkurencja. Lokalne centra szczepień opierały się na ochotnikach i społeczeństwie obywatelskim. Oni stali się ambasadorami całej kampanii.

Proszę się rozejrzeć po sali, w której siedzimy [rozmawiamy w restauracji przy domu spokojnej starości – przyp. red.]. Tu każdy ma w życiorysie stanowisko przewodniczącego, wice, sekretarza, skarbnika albo członka zarządu jakiegoś stowarzyszenia. Gdybyśmy chcieli lokal przemeblować, to w pięć minut powstanie tu audytorium. Samoorganizacja jest głęboko zakorzeniona w belgijskim charakterze i w tym tkwi wielka siła.     

Równocześnie w zeszłorocznej ankiecie 15 proc. Belgów przyznało, że żałuje decyzji o szczepieniu. Jak wytłumaczy pan, że z pandemii wyszliśmy jeszcze bardziej nieufni wobec władzy i bardziej podatni na teorie spiskowe? 

To tendencja, której początki wiążę z pojawieniem i rozpowszechnieniem się Google, czyli możliwości zadawania wszelkich pytań i uzyskiwania na nie najróżniejszych odpowiedzi. Sztuczna inteligencja ten proces tylko rozpędziła.

W ciągu jednego posiedzenia w toalecie otrzymujemy gotową odpowiedź, do której dojścia lekarzom zajmuje, wliczając specjalizację, kilkanaście lat studiów. Zniknął szacunek dla wiedzy nabywanej na uniwersytecie. Zniknęło zaufanie do lekarzy, popsuły się relacje terapeutyczne. Dzisiaj pacjenci są klientami, a niektórzy wchodzą do gabinetu z plikiem wydruków z internetu i proszą lekarza o opinię. Jeśli lekarz nie zgodzi się z autodiagnozą pacjenta, to tylko gorzej dla niego, bo wychodzi na amatora. 

Zazdroszczę pewności siebie, która bez przygotowania w jakiejkolwiek dziedzinie medycyny pozwala dochodzić do wniosków całkowicie sprzecznych ze zdaniem 99,9 proc. specjalistów od lat zajmujących się tematem. A następnie rozpowszechniać je na X, czy innych skonfigurowanych pod takie wymyślne treści platformach. 

Pamięta pan gdy pierwszy raz teorie spiskowe wyszły z internetu do prawdziwego świata? Gdy pierwszy raz ktoś na żywo zagroził panu śmiercią?

Już na samym początku pandemii, gdy czekałem na pociąg w Mechelen jakiś mężczyzna zaczął krzyczeć, że mnie załatwi i wykonywał nazistowskie gesty w moim kierunku. Później zaczęli zjawiać się nieproszeni goście pod moim domem. Zawsze kończyło się na werbalnych atakach, ale one dotykały również moją rodzinę. Grożono mojemu bratu, który jest dyrektorem szkoły podstawowej. 

Przyzwyczaiłem się do nienawiści i pogróżek, ale równocześnie widzę jak z czasem się one nasilają. Ich autorzy nie są zakotwiczeni w społeczeństwie, więc sens życia nadaje im obsesja jedną osobą i nagła potrzeba walki z nią. To staje się rodzajem religii, którą gorliwie wyznają i w jej ramach się radykalizują. 

Większość nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji, a w pana przypadku było blisko tragedii. Wojskowy Jürgen Conings zaczął od pogróżek pod pana adresem, a w maju 2021 r. wyniósł z jednostki ciężką broń i amunicję. Obserwował dom, z którego musiał się pan w pośpiechu ewakuować. 

„Żaden płatek śniegu nie czuje się odpowiedzialny za lawinę”. Wie pan czyj to aforyzm? Polskiego autora, Stanisława Jerzego Leca. Przez lata otrzymałem różną drogą tysiące mniej lub bardziej nieprzyjemnych wiadomości. Niektóre z nich zresztą dokumentuję i trzymam na pamiątkę w osobnym segregatorze. 

Wcześniej zgłaszałem groźby na policję, ale kosztowało to tyle czasu, że zrezygnowałem. Być może wytoczę jeszcze proces portalowi „’tScheldt” z Antwerpii. Niestety zasłania się on wolnością satyry. Tylko że z satyrą nie ma on nic wspólnego. To największy ściek Flandrii, który do dzisiaj praktycznie codziennie publikuje obsceniczne fotomontaże ze mną w roli głównej. To kwalifikuje się jako nękanie.

Nawiasem mówiąc, nie zgadzam się z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, według którego osoby publiczne muszą tolerować więcej obelg. Właśnie z tego powodu coraz mniej wartościowych ludzi gotowych jest stanąć w reflektorach i działać publicznie. Bo musieliby się wówczas godzić na wyzywanie, obrażanie i wulgarne przeróbki zdjęć. 

Mówimy o internetowych anonimach, ewentualnie jednostkach, albo rzekomo satyrycznych portalach. Tymczasem oszczerstwa i podburzanie społeczeństwa należy również do repertuaru polityków i to wcale niekoniecznie tych z marginesu. Czy to oni wprawiają w ruch lawinę?

Jeszcze przed pandemią obecny minister obrony Theo Francken nazwał mnie „Doktorem Nienawiścią”, bo w mediach społecznościowych ujawniłem kandydatów z nazistowskimi sympatiami na listach wyborczych jego partii. Również inni prominentni politycy oraz były rektor uniwersytetu w Leuven bez zahamowań posługiwali i posługują się „psim gwizdkiem”. To skąd inąd inteligentni ludzie, więc w zawoalowany sposób prowokują reakcję innych, którzy gotowi są już przekroczyć granicę. Później kreują się na najbielsze, najniewinniejsze płatki śniegu. Takim osobom mam najwięcej do zarzucenia, bo z pełną świadomością podpalają tych mniej wpływowych i z reguły mniej bystrych. 

Na ile to się wiąże z pana, zdaniem niektórych, bardzo wyraźnym profilem politycznym i lewicowymi poglądami?

A jakiż to polityczny czyn albo wypowiedź miałyby świadczyć o moim radykalizmie? 

Podczas pandemii ówczesna premierka Belgii Sophie Wilmès sugerowała, by rzadziej napiętnował pan rasistowskie zachowania. Jej zdaniem spięcia ze skrajną prawicą nie przysłużyły się pana funkcji komunikatora.

Szanuję Sophie Wilmès, ale w tamtym momencie bardzo mnie rozczarowała. Jak to niby miałoby wyglądać? Na czas pandemii rasizm dostałby wolną rękę? To kłóciłoby się z każdym włóknem mojego jestestwa. Sugestia Wilmès była zdecydowanie nie na miejscu. 

Pisał pan, że kryzys wydobywa najlepsze ludzkie cechy, ale też i te najgorsze. Zaryzykuje pan oszacowanie ile jest tych drugich? Jak duża jest grupa ludzi skłonnych do naprawdę niebezpiecznych działań?

35 lat temu pracowałem w Nowym Jorku. Przeżyłem szok, gdy uzmysłowiłem sobie, że moi amerykańscy koledzy nie byli w stanie zaufać i podejrzewali o niecne zamiary jakieś 10-15 proc. populacji. Chodziło również o osoby z bliskiego otoczenia, z pracy. Dzisiaj rozumiem ich lepiej i skorygowałem dotychczasową naiwność. Może nie dziesięć, ale jeden procent społeczeństwa jest po prostu niereformowalny. Żyją wśród nas, za dnia głaszczą koty, biorą wnuki na kolana, a wieczorem siadają do klawiatury i wylewa się z nich perfidne, nienawistne szambo. Przemocowy język, który czasem prowadzi do fizycznej przemocy. 

Zdarzało mi się bezpośrednio konfrontować z takimi jednostkami. Wielu tłumaczyło się trudnym okresem w życiu, alkoholem, niektórzy przepraszali. Zetknąłem się jednak również ze złem w czystej postaci, którego przed pandemią nie znałem. Właściwie mnie to fascynuje, że wśród nas chodzą autentycznie źli i niegodziwi ludzie.

Ktoś mógłby przypuszczać, że wraz z końcem pandemii hejt zelżeje. 

Tymczasem to początek 2025 r. był absolutnie rekordowy. Wtedy Trump został zaprzysiężony na urząd prezydenta, a Robert F. Kennedy Jr. wybrany na sekretarza zdrowia. To dodało animuszu internetowym wojownikom, również tym w Belgii. Wygrał „ich” prezydent, więc zaczęli fantazjować o aresztowaniu mnie przez amerykańskich komandosów i osądzeniu przed trybunałem gdzieś za oceanem. Zresztą ostatni przykład Wenezueli pokazuje, że wszystko jest możliwe i zachęca do snucia takich wizji.

Robert F. Kennedy Jr. wstrzymał finansowanie badań nad szczepionkami mRNA, wycofał kilkaset milionów dolarów z kontraktów na rozwój szczepionek przeciwko wirusom, takim jak COVID-19 i grypa. Co to oznacza w najbliższej perspektywie?

Z trwogą patrzę na to, w jakim tempie następuje normalizacja nienormalnej polityki w Stanach Zjednoczonych. Partia Republikańska zmieniła się w sektę i nie wiem czy powróci jeszcze na prostą. A połowa Amerykanów nie ma z tym najwyraźniej żadnego problemu. 

Kennedy Jr. jest znanym przeciwnikiem szczepień i już teraz widzimy skutki jego polityki. USA doświadczają największej epidemii odry od 34 lat, a kluczowym czynnikiem jest spadek wyszczepialności, zwłaszcza wśród dzieci.

W takim razie jak Europa ma się dzisiaj bronić przed wirusami, również tymi w przenośni, czyli fake newsami?

Jesteśmy zbyt zapatrzeni w amerykańskie CDC, czyli agencję zapobiegania chorobom zakaźnym. Nasze Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób jest papierowym tygrysem, a mamy tu równie kompetentnych specjalistów i jest ich wręcz więcej. Poradzimy sobie bez USA, potrzebujemy tylko pewności siebie. 

I skończmy już z tym płaszczeniem się przed Trumpem, z uniżonymi prośbami o audiencje w Białym Domu. Ta służalczość nie ma sensu, bo on najwyżej udaje, że słucha. Jest jak puste naczynie, które wypełnia się tylko tym, co powie mu ostatnio spotkana osoba, by wkrótce potem znów się opróżnić.

A czy powinniśmy tracić energię na zaprzeczanie teoriom Kennedy’ego Jr. i innych?

Oczywiście. Gdzie tylko możliwe stosujmy fact-checking, najlepiej na bieżąco i na żywo, konfrontując dezinformację z realnymi przypadkami. 

To w tym celu wciąż udziela się pan na X oraz innych platformach społecznościowych?

Nie zamierzam korygować każdej głupoty, ale nie odejdę z X i nie dam satysfakcji tym, którzy przez lata mnie atakowali. Jeśli wszyscy zniesmaczeni odejdą, to pozostaną tylko ci budzący zniesmaczenie. Ja nawet swego czasu dołączyłem do grupy wsparcia mojego niedoszłego zamachowca Coningsa na Telegramie…

To może dziwić.

A mnie dziwi, że dziennikarze o to pytają i potem tworzą nagłówki, że niejako podstępem wkradłem się do tej grupy. Przystąpiłem do niej pod własnym nazwiskiem, z podniesioną przyłbicą. Po pierwsze przez Coningsa musiałem się ukrywać, siedziałem zamknięty w szarym pokoju hotelowym i nie miałem nic do roboty. Po drugie i ważniejsze, chciałem pojąć motywacje tych ludzi. Sam Conings miał najwyraźniej problemy emocjonalne, co ostatecznie doprowadziło go do samobójstwa. Nie jestem w stanie jednak zrozumieć, że momentalnie zyskał on wielotysięczną popularność i status bohatera, a jego cel, czyli zabicie mnie, zbierał w określonych kręgach pochwały. To jasne, że chciałbym to zrozumieć i nie dam się wcisnąć w rolę ofiary, która ma milczeć i nie prowokować.

Żywi pan jeszcze nadzieję, że rozmowa z tak zaciekłymi antagonistami, którzy życzą panu najgorszego może być produktywna?

Nie mam ciągot misjonarskich i ambicji nawracania kogokolwiek. Ci, którzy wątpią i zadają mi pytania w dobrej wierze, mogą liczyć na uczciwą odpowiedź. Natomiast dla innych nie ma ratunku i najzwyczajniej szkoda czasu. Zależy im na prowokacji i wyszydzaniu. Jeśli dopytują o zapalenie mięśnia sercowego, czyli po łacinie miocarditis, ale zamiast znaku zapytania dodają wykrzyknik i wiązankę „morderca”, „zbrodniarz”, „Mengele”, to pytam ich czy aby chodzi o jakiegoś greckiego boksera. Czasem nazwę idiotami. Wtedy reagują oburzeniem, bo przecież profesorowi tak ripostować nie wypada. Czują się strasznie dotknięci. To jednak też mój sposób na radzenie sobie z pomyjami, które od lat się na mnie wylewają. Przyznaję, że nie należę do tych, którzy nadstawiają drugi policzek. Nie wiem zresztą czy w ogóle ktoś tak robi.

Maciej Bochajczuk

Podziel się: