Zacznę od całkiem nieromantycznej konstatacji, że wspólne życie to wiele turbulencji i wie o tym chyba każdy, kto jest w wieloletnim związku. 

Na pierwszy ogień, zaraz po tym, jak po roku czy dwóch minie faza „różowych okularów”, przychodzi rozczarowanie drugim człowiekiem, kiedy to odkrywamy, że ma on jednak jakieś wady, że nie jest tak doskonały i nieskazitelny jak na początku nam się wydawało. Przez jakiś czas balansujemy pomiędzy idealizowaniem obiektu uczuć a urealnieniem go. Potem moment wspólnego zamieszkania, narodziny dziecka, układanie relacji z teściami, dalszymi krewnymi, kredyty i godzenie pracy zawodowej z życiem rodzinnym. Po początkowym endorfinowym haju następuje proza życia, w której bywa niekomfortowo. 

Na przestrzeni życia przechodzimy wiele sytuacji, w których satysfakcja czerpana ze związku spada, ale kiedy uda się te trudne momenty przeżyć razem, stajemy się jako związek silniejsi i sobie bliżsi. Nie wszystkim nam jednak będzie to dane, a w zasadzie należałoby napisać, że naprawdę nieliczni, na jesieni życia będą ze spokojem mogli powiedzieć, że doświadczyli pięknej, mądrej i głębokiej miłości. Dlaczego? Bo dziś związków jest mniej, zainteresowania płcią przeciwną jakby mniej i motywacji do bycia w zaangażowanej relacji także mniej. 

Niektórzy badacze stawiają nawet tezę, że w obecnym świecie w ogóle zanika nasza zdolność do kochania. Że wraz z coraz silniejszą koncentracją na sobie, atomizacją społeczeństw i pragnieniem niekończącej się przyjemności nie jesteśmy już gotowi do doświadczania dyskomfortu w relacji czy brania na siebie kosztu w postaci trudnych, niekoniecznie optymistycznych etapów w byciu razem. 

Z jednej strony cierpimy na głód miłości i głębokich więzi, a z drugiej całkiem realistyczna jest wizja, że będzie coraz więcej osób, które nie będą potrafiły wchodzić w relacje. Szalejąca demografia, rosnące koszty życia i ujemny współczynnik zastępowalności pokoleń (rodzi się coraz mniej dzieci, a społeczeństwa się starzeją) nie pozostają bez wpływu. 

Czy chcemy się z tym pogodzić, czy nie wyraźnie widać, że mit romantycznej miłości  upada. Między innymi dlatego, że jest w nim marzenie o idealnej symbiozie będącej źródłem szczęścia. Tylko prawda jest taka, że z drugim dorosłym człowiekiem będziemy raczej opracowywać różnice niż przeżywać błogosławioną symbiozę. Ileż to zresztą dziewczyn i młodych kobiet uwierzyło w bajkę jak z amerykańskiej komedii romantycznej, w której zjawia się Ten Jedyny, a potem już tylko żyli długo i szczęśliwie. Kobiety, które mają w sobie wielki głód miłości, zostały niedokochane w dzieciństwie, mają za sobą trudne doświadczenia często wpadały w tę piękną, ale jednak nierealną bajkę, której zwieńczeniem był ślub, biała suknia i pierścionek. 

Dziś sytuację mamy taką, że mężczyźni mają do kobiet mnóstwo pretensji, oskarżając je o zbyt wygórowane oczekiwania, ocenę pozycji społecznej oraz statusu finansowego, a kobiety o to, że mężczyźni są niedojrzali, zapatrzeni w siebie, niechętni, aby się zaangażować i niegotowi do wzięcia odpowiedzialności. I prawdopodobnie zarówno jedna, jak i druga grupa ma rację. 

Współcześni mężczyźni się nie angażują, bo mogą sobie na to pozwolić. Nadmiarowość ofert, które otrzymują. zdecydowanie skłania ich do preferowania związków krótkoterminowych oraz braku emocjonalnego zaangażowania. Posiadanie stałej partnerki, czy rodziny. dziś już nie winduje statusu społecznego mężczyzny do góry, jak jeszcze było to kilkadziesiąt lat temu. To wszystko sprawia, że w tak silnie zmienionym układzie nie mamy już jak obronić wyższości miłości romantycznej nad inne rodzaje relacji. 

Warto też zaznaczyć, że przysłowiowa „miłość do grobowej deski” była możliwa w czasach, kiedy średnia długość naszego życia była o połowę krótsza. Dziś związek na całe życie, podczas gdy średnio żyjemy ponad osiemdziesiąt lat, będzie naprawdę rzadkim przypadkiem. W tej chwili żyjemy o wiele swobodniej i na różne sposoby. 

Miłość romantyczna przestaje być punktem odniesienia dla większości z nas i niekoniecznie będzie to oznaczało życiowe niepowodzenie. Wśród singli są osoby, które mówią, że jeszcze nikt wystarczająco ciekawy się nie pojawił, ale część z nich naprawdę lubi być sama ze sobą. Lubi, bo może i to także znak naszych czasów. Młodzi ludzie nie chcą żyć jak ich poświęcający się i wiecznie umęczeni rodzice. Zmienili się mężczyźni, ale zmieniły się też i kobiety, które nie chcą podzielić losu matek składających swoje życie i marzenia na ołtarzu rodziny wierząc, że kiedyś ktoś im to odda. 

Jest dziś w młodych ludziach dużo lęku i niedojrzałości, niezgody na to, że po pierwszych fascynujących miesiącach relacja stygnie, a oni by chcieli utrzymać wysoką temperaturę. Na ogół przyjmuje się, że kluczowe są pierwsze dwa do czterech lat, by w relacji nauczyć się siebie, zbudować związek partnerski i znaleźć nowe rodzaje więzi. Ten czas jest bardzo potrzebny na podjęcie decyzji o tym, czy chce się dalej być razem. 

Tymczasem przeświadczenie, że związek powinien być stały i zawsze szczęśliwy, jest bardzo niebezpiecznym mitem. Przekonanie to bowiem wpływa negatywnie na poziom zaangażowania w relację. Zapominamy, że uczucia z definicji są krótkotrwałe. I że jeśli tylko na nich oprzemy związek, a w trakcie jego trwania nie zbudujemy wzajemnego zaangażowania, to związek ten ma małe szanse na przetrwanie. 

Czynnikiem wpływającym na utrzymanie się związku na satysfakcjonującym poziomie jest robienie wspólnie różnych rzeczy. Cieszenie się szczęściem partnera także wpływa kojąco na miłość dwojga ludzi. I nie jest to znowu tak oczywiste, bo niektórzy nie potrafią tego robić i czują się nieszczęśliwi z powodu satysfakcji drugiej osoby. 

Romantyczne przekonanie, że prawdziwa miłość nie zna granic i jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody, samo w sobie jest niekiedy największą przeszkodą na drodze do tego, by związek mógł trwać. Sama miłość (rozumiana jako uczucie) nie wystarcza. Potrzebne jest jeszcze zaangażowanie i wysiłek włożony w budowanie relacji opartej nie tylko na początkowym uczuciu. Szczęśliwe pary wiedzą, że jeśli będzie ciężko – albo zwłaszcza gdy będzie ciężko – lepiej będzie im razem. I że niedogadywanie się jest elementem relacji. 

Nie jest to spowodowane wiarą, że niesie ich magiczne, bliżej nieokreślone uczucie romantycznej miłości, lecz tym, że zdają sobie sprawę, iż kryzysy i trudne momenty są naturalną częścią każdej intymnej relacji. Nauczyli się pracować razem nad związkiem, mają zatem zaufanie do siebie oraz partnera i wiedzą, że cokolwiek się zdarzy, będą razem próbować pokonać trudności.

Życzmy sobie zatem miłości, gdzie jako dwie dorosłe osoby będziemy w stanie się mierzyć ze wszystkimi trudami, jakie między nami się wydarzają. Z konfliktami, rozczarowaniami, niedograniem i codziennością, z przysłowiowym gruzem życia. I nie chodzi o to, że pod wpływem miłości mamy stać się kimś innym (choć i tak bywa), ale że każde z nas staje się bardziej sobą. 

Aleksandra Szewczyk, psycholog

Podziel się: