Jak przeżyć zmianę?

with Brak komentarzy

Jest lato 2014 roku. Mieszkam w pięknym Krakowie, gdzie od dziesięciu lat wykonuję moją wymarzoną pracę – jestem psychoterapeutką. Mam piękny gabinet na Starym Mieście, rok wcześniej wydałam książkę o psychoterapii, od kilku lat współpracuję z prestiżową instytucją i właśnie otrzymałam dodatkową fajną propozycję pracy z pacjentami. W Krakowie mam grono bliskich przyjaciół, z którymi chodzimy regularnie na tzw. „kawy”. Dodatkowo, od miesiąca jestem zaręczona! Mój narzeczony jest Belgiem, mieszkającym aktualnie w… Paryżu. Ślub i wspólne zamieszkanie zaplanowaliśmy na następny rok, jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie.

I nagle, jednego wieczora, podejmuję szybką decyzję: zamykam swoją działalność psychoterapeutyczną i wyjeżdżam do mojego ukochanego, do Paryża.

Wielkie zmiany życiowe takie jak: przeprowadzka, szczególnie emigracja do innego kraju, zmiana pracy, zawarcie małżeństwa, rozwód, ciąża i narodziny dziecka, budowa domu, śmierć kogoś bliskiego, są to sytuacje, których nie jesteśmy w stanie ominąć w życiu. Niestety, w żadnej szkole nie uczą nas, jak sobie z nimi radzić. W psychologii określa się je mianem „kryzysów życiowych”. Oznacza to, że są to sytuacje trudne, powodujące stres, bo często nowe i wymagające od nas radykalnej zmiany w myśleniu i zachowaniu. Jednocześnie w każdym kryzysie, poza elementem ryzyka i utraty, istnieje możliwość rozwoju i szansy na coś zupełnie nowego i… lepszego.

Narzeczony przyjmuje moją decyzję z entuzjazmem. Psychoterapia, którą prowadzę, trwa średnio 3 lata, są to więc głębokie procesy, mocno angażujące obie strony. Nie chcę rozpoczynać nowych terapii, ponieważ liczę się z tym, że za rok, po ślubie, mogę wyjechać z Krakowa. Chcemy też z narzeczonym pomieszkać razem przed podjęciem ostatecznej decyzji o małżeństwie. Termin przeprowadzki ustalamy na listopad, czyli za trzy miesiące.

Czuję się wspaniale! Mam w perspektywie zamieszkanie z ukochanym i to w Paryżu!! Na tej energii entuzjazmu i optymizmu natychmiast rozpoczynam przygotowania do wyjazdu. Bardzo szybko znajduję zastępcę do mojego gabinetu, opuszczam mieszkanie, część rzeczy oddaję, część udaje mi się pomyślnie sprzedać, rozwiązuję wszystkie umowy o pracę. Pierwsza trudność: pożegnania z pacjentami. Potem także z przyjaciółmi i rodziną. Nie wszyscy podeszli do moich planów tak entuzjastycznie, jak ja. Niektórych nawet bardzo to zezłościło. No i nie mogę zabrać ze sobą mojego ukochanego psa (wędruje tymczasem do mojej mamy).

Kiedy mamy całkowitą jasność co do naszych celów i działamy z entuzjazmem, ludzie wokół i cały Wszechświat (jak ja to nazywam) przyłączają się do tej energii i wspierają nas w naszych zamierzeniach. Mamy wtedy poczucie, że nasze życie płynie: sprawy „same się układają”, pojawiają się twórcze rozwiązania problemów, okazje, propozycje, znajdujemy się w odpowiednim czasie i miejscu. I odwrotnie: kiedy czujemy pomieszanie i wątpliwości, kiedy skupiamy się na przeszkodach, nasze otoczenie zazwyczaj też to odzwierciedla. Kiedy więc już coś zdecydujesz, zaangażuj się w to na 100% i włóż w to jak najwięcej radości, energii i optymizmu.

Zapakowani po dach naszego starego golfa, w środku listopada, wyruszamy w symboliczną wspólną drogę. Opuszczam Kraków. Czuję się szczęśliwa i pełna optymizmu.

I tej dobrej energii starcza mi na… następne trzy miesiące. Stopniowo okazuje się, że nie najlepiej czuję się we wspólnym domu, w którym wynajmujemy na wyłączność malutki pokój (standardy paryskie). Nie mam pracy, ani żadnych szczególnych zajęć, poza nauką francuskiego (bez przekonania). Dodatkowo zimowa aura nie sprzyja długim spacerom po mieście.

Zaczynam tęsknić za moim życiem w Krakowie. Jestem przygnębiona i apatyczna albo poirytowana, co wywołuje kłótnie z narzeczonym. Łapię przeziębienia, z których nie mogę się wyleczyć. Czuję, że moja samoocena spada tak szybko, jak moja energia. Zaczynam tyć, nie tylko z powodu francuskich croissantów ale głównie z braku normalnego trybu funkcjonowania. Kiedy pojawiają się u mnie lęki, rozważam nawet przyjmowanie leków psychiatrycznych. Oczywiście, im gorzej się czuję, tym mniejszą mam ochotę na kontakty towarzyskie, więc ich unikam. Przestaję też kontaktować się z przyjaciółmi w Polsce. Ponieważ od paru miesięcy nie mam pracy, nie mam też własnych dochodów, co dodatkowo mnie martwi i denerwuje.

Odczuwane przeze mnie uczucia i dolegliwości fizyczne to typowe objawy żałoby. Żałoba jest naturalnym procesem rozstawania się z tym, co dla nas ważne i co dawało nam w przeszłości poczucie bezpieczeństwa (moje życie, które zbudowałam w Polsce, bliscy mi ludzie, którzy tam zostali, moja niezależność etc.). To, co przeżywałam, nie było dla mnie komfortowe (o nie!), ale w mojej sytuacji jak najbardziej NATURALNE i ZDROWE. Żałoba nie jest wyłącznie procesem związanym ze śmiercią bliskiej osoby. Zrozumienie tego daje nam uspokojenie i pozwala właściwie o siebie zadbać.

Obiektywnie moje życie jest w jak najlepszym porządku: mieszkam w pięknym domu w Paryżu, z narzeczonym, który bardzo mnie wspiera. Sporo zwiedzam, dostajemy też zaproszenie na fantastyczny, tygodniowy trening w Nowym Jorku. Szykujemy się do ślubu w Krakowie. Ale ja nie czuję się najlepiej. Mój proces rozstawania się z dawnym życiem w Krakowie, i jednocześnie przygotowania do nowego, trwa.

Zdrowy proces żałoby może trwać od pół roku do nawet trzech lat, w wypadku tak dużych zmian, jak śmierć bliskiej osoby, kalectwo czy emigracja. Najlepsze, co możemy zrobić, to zaakceptować fakt, że nasza psychika potrzebuje czasu na pożegnanie się z przeszłością. Z tym, co było dla nas ważne, cenne, z czym byliśmy związani przez długi czas. Niestety, nieprzeżyta żałoba będzie wracała w przyszłości jak bumerang, z jeszcze większą siłą. Duże skumulowanie nieprzeżytych uczuć żałoby często ujawnia się już jako depresja. Jeśli depresyjne uczucia i myśli nie pozwalają nam funkcjonować na co dzień i stanowią dla nas zagrożenie, konieczne jest udanie się do specjalisty. Im szybciej, tym lepiej.

Z wiosną zaczynam czuć się nieco lepiej. Ogłaszam się jako psycholog pracujący w Paryżu, kontaktuję się z organizacją Polek we Francji, mam pomysł na pracę w polskiej gazecie. Składam w konsulacie amerykańskim podanie o wizę do USA i w cudowny sposób (bez udokumentowanych dochodów) i w ostatnim momencie jednak ją otrzymuję. W jeszcze cudowniejszy sposób znajdują się pieniądze na nasz wyjazd na trening do Nowego Jorku. Stopniowo otwieram się na nowe znajomości i wracam do regularnych kontaktów z przyjaciółmi z Polski.

Cieszę się i jednocześnie denerwuję zbliżającym się ślubem. Kiedy wreszcie znajduję odpowiednią sukienkę i buty, żadne papierkowe przeszkody (a było ich sporo) nie są w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Dostaję propozycję wystąpienia na zjeździe Polek w Tuluzie. Jest ciepło i Paryż wygląda naprawdę pięknie.

Objawy żałoby pojawiają się i ustępują naturalnie. Jeśli im na to pozwolimy. To znaczy pozwolimy sobie na uczucia smutku, lęku, apatii, złości, poirytowania, ale też na brak energii do działania, zmęczenie psychiczne i fizyczne. Nie krytykujmy się za nie, nie dociskajmy, nie próbujmy ich odrzucać albo udawać czegoś innego. Pamiętajmy też, że żałoba to ZATRZYMANIE. Psychika i ciało potrzebują skoncentrować maksimum energii na przetwarzaniu uczuć i myśli związanych z utratą oraz przygotowaniami do Nowego. Dlatego, jeśli możemy sobie na to pozwolić, róbmy wtedy jak najmniej. A kiedy czas żałoby minie (a mija), wrócimy do życia z nową energią, mądrzejsi o doświadczenia, które przeżyliśmy.

Pierwszy raz w życiu jestem w USA, w dodatku w Nowym Jorku! Zwiedzamy i chłoniemy wszystko, na co starcza nam sił. Przed nami jeszcze fantastyczny, tygodniowy trening, gdzie dodatkowo spotkamy się z przyjaciółmi z całego świata.

Dzień przed samym treningiem totalnie się rozchorowuję. Jest gorący czerwiec i wszędzie mocna klimatyzacja, do której nie jestem przyzwyczajona. Mój nieco wyciszony lęk ujawnia się na nowo, z jeszcze większym nasileniem. Z powodu choroby część treningu przesypiam w pokoju hotelowym. Po dwóch dniach wracam powoli do zdrowia, ale do końca naszego pobytu czuję się osłabiona.

Pod koniec wyjazdu, nieoczekiwanie, dostajemy propozycję pracy w USA z otwartym terminem przyjazdu. Jesteśmy tym totalnie zaskoczeni. I szczęśliwi.

Żałoba i depresja dotyczą przeszłości. Lęk odnosi się do przyszłości. W moim przypadku było to napięcie i lęk związane ze zbliżającym się ślubem i zawarciem małżeństwa. Nawet najbardziej pozytywne wydarzenie jak: wyczekiwana ciąża, zakończenie długotrwałego projektu, awans, zdobycie dyplomu – może wywołać lęk. Lęk przed nieznanym i nowym (jakie to będzie, czy sobie poradzę, czy się uda itp.) oraz przed opuszczeniem tego, co stare i znajome (dotychczasowe życie). I to też jest jak najbardziej naturalne! Chociaż nie zawsze uświadamiamy sobie to, czego się boimy, lęk ZAWSZE ma swój powód. Nawet jeśli bardzo trudno jest nam go uchwycić i nazwać.

Wracamy do Paryża. Wciąż pod wrażeniem oferty pracy, którą otrzymaliśmy. Wstępnie planujemy wyjazd do USA za rok. Dopinamy ostatnie przygotowania przed ślubem, który ma odbyć się za dwa miesiące. Jeszcze w tym samym miesiącu propozycja pracy w Stanach przedłuża się o kolejne trzy miesiące, hurra! Dwa tygodnie przed ślubem, nieoczekiwanie dla wszystkich, podejmujemy decyzję o wyprowadzce z Paryża. Chcemy zrealizować nasze wielkie plany rocznego podróżowania a potem wyjechać do pracy do Ameryki.

I wreszcie nasz ślub. Nie moglibyśmy sobie wymarzyć piękniejszego.

Moje objawy żałoby i lęku stopniowo ustępowały. W sumie intensywny proces żegnania się i adaptacji do nowej sytuacji trwał ponad pół roku. Czy na tym się zakończył? Nie, wielokrotnie jeszcze tęskniłam do mojego życia, które stworzyłam sobie w Krakowie, ale nie były to już tak intensywne uczucia, jak w pierwszych miesiącach po wyjeździe. Czy z chwilą ślubu zaadaptowałam się do nowej sytuacji i roli życiowej? Ależ skąd! To zajęło mi znacznie więcej czasu i energii. Ponieważ po raz pierwszy w życiu zostałam żoną, musiałam dopiero rozeznać, co to dla mnie znaczy, jaką żoną chcę być, co to zmienia w moim życiu, a co nie. A co z adaptacją do nowego kraju? O tym w krótkim epilogu.

Epilog

Nasze plany OCZYWIŚCIE wielokrotnie jeszcze uległy zmianie:

  1. Nie udało nam się wynająć naszego domu w Belgii i nasze fundusze, wyczerpane po ślubie, nie pozwoliły nam na roczne podróżowanie.
  2. Odbyliśmy więc parę krótkich podróży do przyjaciół i rodziny oraz ograniczyliśmy nasze szerokie plany podróżnicze do tygodniowej wycieczki „last minute” (Malta) i miesięcznej wędrówki-pielgrzymki (Włochy). Było pięknie!
  3. Tuż przed wyjazdem do USA dowiedzieliśmy się, że nasz przyjaciel, z którym mieliśmy współpracować, dostał Cały nasz wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Jednak wyjechaliśmy, ale naszym celem było wspieranie przyjaciela i jego żony w rehabilitacji i radzeniu sobie z codziennością. Był to wyjątkowy dla nas czas i mamy niezapomniane wspomnienia z tego pobytu.
  4. W Stanach po raz kolejny rozpoczynałam adaptację do nowego kraju, ludzi, kultury i języka. Oboje z mężem przechodziliśmy trudne momenty, szczególnie w pierwszym okresie po przyjeździe. Był stres i napięcia, ale już bez lęków i w dużo mniejszym natężeniu. Był to też kolejny sprawdzian dla naszego związku.
  5. Po sześciu miesiącach wróciliśmy do Europy, tym razem do Belgii, gdzie mój mąż, po paru latach przerwy, wracał do swojej dawnej pracy (readaptacja) a ja zaczynałam adaptację do kolejnego kraju, nowych ludzi, kultury i języka. Czy obyło się bez stresu i napięć? Nie, oczywiście, że nie! Łącznie z jednym, bardzo trudnym miesiącem. Wszystko to, co do tej pory przeszłam, umożliwiło mi jednak szybszą i łagodniejszą adaptację. Czy czuję, że już się zadomowiłam? Czuję, że zaczynam się „osadzać”, szczególnie, że w Belgii urodziłam syna i zaczęłam działać zawodowo robiąc to, co Ale proces adaptacji nadal trwa i mam wciąż przed sobą kolejne wyzwania.

Opisałam dwa, bardzo intensywne lata mojego życia, obfitujące w duże i mniejsze zmiany życiowe. Chodziło mi o to, żeby pokazać na przykładzie, jak może wyglądać PROCES zmian. Tak, to jak sinusoida, ale w pewnym momencie wreszcie wychodzimy „na prostą”.

A jak to jest u Ciebie?

Być może jesteś właśnie w trakcie ważnej zmiany życiowej? Może marzysz o czymś zupełnie nowym? Co możesz zrobić już dzisiaj, żeby świadomie rozpocząć proces POZYTYWNYCH zmian?

W coachingu mówimy, że nasze życie zależy od tego, jakiego rodzaju pytania sobie zadajemy. A jakie są TYPOWE pytania, które zadajemy sobie momentach kryzysowych? Hmm, często raczej „dołujące”, niż inspirujące. Tutaj przykłady i moje propozycje zamienników (korzystam tutaj z metody Access Consciousness):

  1. Co jest ze mną nie tak?
    Znacznie lepiej: Co jest ze mną w porządku, czego nie widzę?
    Co jest w porządku w moim życiu, czego nie widzę?
  1. Dlaczego moje życie jest takie ciężkie/ nudne/ puste/ dołujące?
    Spróbuj: Co jeszcze jest możliwe w mojej sytuacji, o czym nigdy wcześniej nie myślałam? Co mogę zrobić, żeby czuć się dzisiaj lepiej?
  1. Dlaczego innym się udaje a mnie ciągle nie?
    Zastąp: Jakie nowe decyzje mogę dziś podjąć, aby osiągnąć mój cel?
    Na czym powinnam się teraz skupić?
  1. Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego mnie to spotkało?
    Pomoże Ci: Czy mogę to zmienić? Jak mogę to zmienić?

Co dalej?

Jeśli jest to dla Ciebie zupełnie nowy sposób myślenia, poniżej znajdziesz „instrukcję”, krok po kroku, jak pracować z tymi pytaniami na co dzień:

  1. Wybierz trzy pytania (na początek ogranicz się do trzech), które najbardziej Ci odpowiadają lub których najbardziej
  2. Zapisz je w swoim notatniku, na kartce lub w telefonie, żebyś zawsze miała je pod ręką.
  3. Codziennie rano przez 5 minut spokojnie przeczytaj swoje
  4. Oczekuj Znajdziesz je np. przysłuchując się czyjejś rozmowie w ciągu dnia. Albo w tekście piosenki, w artykule, we fragmencie książki. Może to być informacja w Internecie, na którą „nieoczekiwanie” trafisz. Może to być sen. Może „przypadkiem” spotkasz kogoś. Albo, po prostu, jakiś nowy pomysł „przyjdzie Ci do głowy”. Zauważ: nie chodzi o to, żebyś sama wymyślała odpowiedzi. Chodzi o to, żebyś była OTWARTA i gotowa PRZYJMOWAĆ nowe rozwiązania, na które sama byś nie wpadła.
  5. Odpowiedzi BĘDĄ się pojawiać.
  6. Powtarzaj swoje pytania w ciągu dnia, tak często jak możesz.
  7. Powtarzaj je szczególnie, kiedy zaczynasz wpadać w wir dołujących myśli i pytań.
  8. Z czasem będziesz „wyłapywała” odpowiedzi z coraz większą łatwością. To jest jak ćwiczenie mięśni: im częściej to robisz, tym lepsze efekty
  9. Kiedy poczujesz się pewniej w tej metodzie, możesz dodawać nowe pytania lub je zmieniać.

Czasem otrzymasz bardzo konkretne odpowiedzi, co robić, jak i z kim. Czasem będą one dotyczyły zmiany Twojego sposobu postrzegania siebie i swojego życia. Chodzi o to, żeby wyjść poza utarte schematy i wzorce z przeszłości. Otworzyć się na jak najwięcej nowych możliwości. I… jak najlepiej się czuć! Twoje zadanie polega na tym, by pozostać otwartą i gotową na pozytywne zmiany. A kiedy dostaniesz informację od Wszechświata – podążaj za nią!

A jeśli chcesz uruchomić lawinę pozytywnych zmian, o których nawet nie myślałaś, że są możliwe (patrz przykłady z mojej historii), zapraszam Cię do wzięcia udziału w darmowym, miesięcznym programie online. Przez 31 dni, codziennie rano, otrzymasz na swojego maila jedno „pytanie do Wszechświata” oraz mój komentarz na dany dzień. Jeśli jesteś gotowa, zapisz się na moją listę mailingową przez www.theuniversewantsyoutosucceed.com i rozpocznij zupełnie nowy etap swojego życia!

Mariola Wereszka
Fot. dreamstime.com

Mariola Wereszka stworzyła program „The Universe Wants You To Succeed” czyli Wszechświat Chce, Żeby Ci się Udało! Na jego podstawie prowadzi coaching online po polsku i angielsku. Ukończyła Psychologię Stosowaną UJ, Filozofię UJPII oraz Szkołę Psychoterapii Psychodynamicznej w Krakowie. Jest autorką książki „Psychoterapia to jest Moja Partia Polityczna”. Prywatnie żona Godfrieda i mama Giotta, mieszka w Gent.

 

Facebook